Właśnie byłem w teatrze
Regulamin forum
Info: tematy możliwe do przeglądania przez gości forum, dostępne indeksowanie dla bootów typu Google.
Info: tematy możliwe do przeglądania przez gości forum, dostępne indeksowanie dla bootów typu Google.
- Achim
- Posty: 1551
- Rejestracja: 13-07-2019 19:29:55
- Lokalizacja: Wrocław
Re: Właśnie byłem w teatrze
Drugi set Lubiewa w połowie marca.
Es gibt ein Leben und ich lebe es . Romy Schneider.
- Hebius
- Posty: 18690
- Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
- Lokalizacja: Kętrzyn
Re: Właśnie byłem w teatrze
Tragikomiczny gejowski PRL. Recenzja "Lubiewa" we Wrocławskim Teatrze Współczesnym
Wrocławski Teatr Współczesny
Wyborcza, 26.01.2026, 11:12
Katarzyna Mikołajewska
Ciotowskie uniwersum, które stworzył w powieści "Lubiewo" Michał Witkowski po ponad 20 latach doczekało się teatralnego hołdu we Wrocławiu. Jędrzej Piaskowski i Hubert Sulima, twórcy spektaklu we Wrocławskim Teatrze Współczesnym wskrzesili na scenie postaci gejowskiego podziemia czasów PRL-u.
Pod wymyślnymi pseudonimami, błyskotkami, makijażami i fikuśnymi kreacjami kryją się samotni, starzy mężczyźni, żyjący wspomnieniami i tym, co do wspomnień pozwala dopisać ich bujna wyobraźnia. Określają siebie mianem ciot, co pozwala odróżniać ich od innych osób homoseksualnych i podkreśla, jak wiele, również na poziomie języka, zmieniło się od czasu, gdy żądza pchała nocą Dżesikę (Anna Kieca) czy Radwanicką (Rafał Cieluch) do miejskich parków, szaletów i innych (nie)oficjalnych miejsc schadzek.
By płynnie wejść w realia świata przedstawianego na scenie warto znać książkę Witkowskiego. Mam również przeczucie, że po obejrzeniu spektaklu większość widzów, którzy dotychczas nie znali powieści, poczuje się co najmniej zaintrygowana i sięgnie po literacki pierwowzór. Choćby po to, by zweryfikować, czy Piaskowski i Sulima nie dowymyślali zbyt wiele – tak jak dowymyślać, dokłamać i doprzeginać muszą do swoich historii bohaterki „Lubiewa".
Zdecydowanie nie jest to kolejny głos w sprawie osób LGBT+, w którym główne dylematy dotyczą coming-outu czy równości praw. Bohaterki „Lubiewa" są zupełnie z innego świata. Są dinozaurami homoseksualizmu w Polsce, wykopaliskiem i reliktem przeszłości, który na dobre utknął w PRL-u i wcale nie chce się stamtąd ruszyć.
Ich historie stanowią bezcenne źródło wiedzy o społeczeństwie tamtych czasów i to nie tylko o jego mało podręcznikowej, mniejszościowej części. Postaci przywoływane przez Witkowskiego w powieści nie funkcjonują wyłącznie w ramach zamkniętej społeczności gejów, lecz opowiadają o swych relacjach z innymi ludźmi – innymi ciotami, cinkciarzami, żołnierzami czy wreszcie z lujami, czyli heteroseksualnymi, prostymi mężczyznami, stanowiącymi ich główny obiekt westchnień.
Różne odcienie tęczy
W spektaklu Piaskowskiego i Sulimy (Jędrzej Piaskowski reżyseruje, Hubert Sulima odpowiada za adaptację i dramaturgię, a obaj są autorami koncepcji przedstawienia) brutalna, wulgarna, ale też bezkompromisowa i mocno zdeterminowana, by podążać za swoimi potrzebami społeczność wrocławskich ciot w kilku momentach spotyka się z dzisiejszą poprawną politycznie, pytającą o zgodę na seks i dbającą o bezpieczeństwo grupą LGBT+.
Główne narratorki „Lubiewa" czyli dwóch podstarzałych gejów – Patrycję (Krzysztof Boczkowski) i Lukrecję (Tadeusz Ratuszniak) – odwiedzają osoby aktywistyczne: Osoba Antek (Anna Kieca), Osoba Maciek (Magdalena Taranta), Osoba Janek (Jolanta Solarz-Szwed) i Osoba Dominik (Dominika Probachta). Komiczna konfrontacja tych dwóch światów prowadzi do wymiany ciętych uwag, a wzajemne niezrozumienie pozwala stwierdzić, że tęcza może mieć bardzo różne odcienie i z pewnością ta PRL-owska nie była równie barwna jak dzisiejsza.
Patrycja i Lukrecja określają nowoczesnych gejów mianem tęczowej zarazy i ideologii, korzystając z cytatów dostępnych w dzisiejszym słowniczku homofoba.
To spektakl o samotności i o tym, co odbiera nam upływający czas, a bohaterki przedstawienia z wielu powodów nie chcą pogodzić się z tym, że pewne elementy ich życia pozostaną już tylko wspomnieniem.
Zamiast naginać swe przyzwyczajenia i poglądy do aktualnych realiów czy przywyknąć do panującej wolności, wrocławskie cioty z „Lubiewa" wolą na przykład oglądać swoje trofea – elementy garderoby żołnierzy radzieckich zachowane z czasów dawnych podbojów pod koszarami. Wolą odprawiać gejowskie dziady, przywołując ducha Hrabiny (Jolanta Solarz-Szwed), która całkiem sensownie przemawia tekstem mickiewiczowskiej Zosi marzącej o igraniu z młodzieńcami. I wolą snuć opowieści o tym, jakie przygody przeżywały w zapomnianych, nieistniejących lub zupełnie zmienionych dziś miejscach: Orbisówce, spalonej pikiecie czy Miejskich Zakładach Kąpielowych.
Farsa i tragedia
Nie tylko miejsca stanowią świetny pretekst do snucia zanurzonych we wrocławskiej historii narracji. Tym, co czyni je interesującymi jest przede wszystkim korowód tragikomicznych postaci.
O ile na scenie bardzo sprawnie i kompleksowo przedstawiono wszystkie wybrane do zaprezentowania wątki fabularne, o tyle rys ówczesnego Wrocławia jest o wiele uboższy w teatralnej wersji niż w książce i pozostawia mały niedosyt. Nie zamieniłabym jednak możliwości oglądania w spektaklu tak genialnie skonstruowanych postaci, z całą paletą emocji, słabości i naiwnej wiary w spełnianie marzeń na rozbudowanie topograficznych wycieczek po stolicy Dolnego Śląska z okresu PRL-u.
Dość wymienić występującą w wyimaginowanych koncertach Annę Jantar (Krzysztof Zych), stawiającą pierwsze kroki w gejowskim świecie Michaśkę (Mariusz Bąkowski) czy trzymającą pieczę nad kawiarnią Orbisówką, bezkompromisową Matkę Joannę od Pedałów (Ewelina Paszke-Lowitzsch).
Obok tych na wskroś groteskowych postaci podziwiać możemy także role bezsprzecznie tragiczne, które już nawet nie usiłują sprawiać wrażenia komediowych: zapraszająca do swojego mieszkania dwóch lujów Łucja Kąpielowa (Miłosz Pietruski) nie ma w sobie nic z przegiętej, trącącej słabym kabaretem bohaterki. Podobnie umierająca samotnie na AIDS Dżesika (Anna Kieca), do której lekarka uparcie zwraca się oficjalnym imieniem – Zdzisław.
Z kolei w przerwie spektaklu musiałam sprawdzić, kto zagrał Astrofizyka i choć zdawało mi się, że doskonale znam cały zespół WTW, Magdalena Taranta przeszła zdumiewającą przemianę i to nie tylko za sprawą dopracowanej charakteryzacji. Nie sposób wymienić wszystkich aktorów i wszystkie role, w które się wcielają, natomiast każdy jest w tym spektaklu wybitny.
Piaskowski i Sulima konsekwentnie żonglują farsą i tragedią. Tak jak Witkowski w swojej powieści, tworzą pozory komedii, żartowania z nieporadnych, „przegiętych" i żywiących się emocjami, a przede wszystkim przeżywanymi przez innych dramatami ciot. Ich wzajemne docinki, wyzwiska, ale także autoironiczne opowiadanie mini-autobiografii sprawiają, że smutna i brutalna prawda staje się drugim dnem, ukrytym za krzykliwą, błyszczącą i kolorową zasłoną dymną. Nie jest jednak trudno za tę zasłonę zajrzeć, dlatego „Lubiewo" to przedstawienie bardzo mocne i mimo użycia przez twórców kampowej estetyki czy czarnego humoru widzowie oglądają także solidną dawkę okrucieństwa.
Red. Ewa Wilczyńska