O szesnastej było u mnie otwarcie wystawy o założycielce i pierwszej dyrektorce miejscowego muzeum - w tym roku placówka świętuje osiemdziesiąte urodziny.
Poszedłem oczywiście.
Na wejściu pani z kasy witała koszyczkiem okolicznościowych przypinek.
- Proszę się częstować - zachęcała.
- Wszystkie takie same?
Są dwa rodzaje.
Wziąłem zieloną, a po wejściu w głąb holu pomyślałem, że przecież, frajer, mogłem obie, beżową też.
- To trzeba raczej do koszuli przypiąć - zastanawiał się młody człowiek z towarzystwa idącego przede mną - bo jeśli do kurtki, to zostanie razem z kurtką w szatni.
Osób na otwarcie wystawy przyszło sporo, elity miasta, zgaduję po liście notabli wymienianych po części z nazwiska (wojskowi na pierwszym miejscu, wiadomo jak to w strefie przygranicznej tuż przed rozpoczęciem wojny), po części w masie z samych funkcji. Organizatorzy dla prominentów przygotowali dodatkowe torby z upominkami, wręczane przez obsługę na trzecim piętrze. Ja jestem szarak, żeby nie powiedzieć nic nie znaczący śmieć, więc mogę się cieszyć z tej darmowej przypinki. A powinienem z bufetu, bo szwedzki stuł był egalitarny, dla wszystkich, wiec wypiłem kieliszek wina i zjadłem kilka kolorowych i zapewne bardzo zdrowych tartinek, bo bez smaku. tzn. w jednej rozpoznałem na podniebieniu twarożek, a w drugiej jakąś pikantną pastę. A tak poza tym o tym że jem na przykład kawałek ogórka czy pomidora, mówiły mi tylko oczy.
Przy okazji wystawy wydano komiks biograficzny poświęcony założycielce muzeum, która była niewątpliwie osobą niebanalną, z barwnym życiorysem: córka carskiego generał-majora bywała na petersburskim dworze, niedoszła katolicka zakonnica i nauczycielka w Szanghaju, badaczka eksploatująca geologiczne zasoby Syberii, związana przez lata z żonatym Polakiem, z którym też już od stycznia 1945 zajęła się ratowaniem pruskiego dziedzictwa Ziem Odzyskanych i zabezpieczaniem zabytków przed grabieżą i wywiezieniem do Związku Radzieckiego. Jej uporowi Kętrzyn zawdzięcza zachowanie fragmentu murów obronnych - wstydliwy zabytek w samym centrum miasta, bo od lat coraz bardziej sypiący się i stanowiący zagrożenie dla przechodniów, zwłaszcza tych płci męskiej, którzy chcieli by się odlać bo niewłaściwej ich stronie (strona wewnętrzna - ta od starego miasta - jest bezpieczniejsza, bo niższa i bardziej zaciszna, nie tak na widoku).
Nie robiłem zdjęć, bo już nawet nie noszę z sobą aparatu na wydarzenia kulturalne. Wszyscy wszystko fotografują, więc już się nie poczuwam do podobnej potrzeby.
