Nie warto. Pani Lewkowicz też już zdemaskowała tych zdrajców:
Beata Lewkowicz na FB pisze:
10 września Dawid Dróżdż opublikował w „Gazecie Wyborczej” korespondencję z festiwalu w Wenecji zatytułowaną „Mocny film o Gazie na festiwalu w Wenecji. Włączony do konkursu w ostatniej chwili, może być faworytem”. Tekst Dróżdża jest skrajnie tendencyjny i właściwie nie jest już recenzją, tylko polityczną agitką. Nie będę jednak polemizowała z każdym jego zdaniem, bo byłoby to wdawanie się w dysputę w stylu: „czy koń to wiewiórka”.
Przejdę od razu do meritum, czyli do filmu, który stał się pretekstem do napisania kolejnego antyizraelskiego paszkwilu zamieszczonego przez „Gazetę Wyborczą”.
„Naza” to 80-minutowy dokument Yuvala Abrahama i Rachel Szor, dwojga izraelskich współtwórców „No Other Land”. Formalnie jest jednak produkcją brytyjską: wyprodukowały go „The Guardian” i JW Films, a producentem wykonawczym jest Jonathan Glazer, autor „Strefy interesów”.
Film został zrealizowany na podstawie rozmów z 24 anonimowymi byłymi lub obecnymi żołnierzami oraz funkcjonariuszami izraelskiego wywiadu. Ich twarze zostały ukryte, głosy zmienione, a wypowiedzi zmontowane w opowieść o „systemie masowego mordowania cywilów”. Nie znamy nazwisk rozmówców, ich funkcji, okresów służby ani dokumentów pozwalających sprawdzić poszczególne historie. Widz musi więc, chcąc niechcąc, zaufać Abrahamowi, że ci ludzie są tymi, za których ich podaje, oraz że ich wypowiedzi zostały osadzone we właściwym kontekście.
Oficjalny opis festiwalowy już przed pokazem głosił, że film „ujawnia systemy stojące za wyrachowanym masowym zabijaniem palestyńskich cywilów”. A więc teza o „masowym zabijaniu” nie stanowi wniosku wynikającego z filmu. Była jego założeniem a priori i elementem kampanii promocyjnej.
Tymczasem Abraham nie jest neutralnym reżyserem, który przypadkiem natrafił na sensacyjne materiały. Jest dziennikarzem „+972 Magazine” i autorem publikacji z kwietnia 2024 roku o systemie Lavender, opartej na relacjach sześciu anonimowych funkcjonariuszy izraelskiego wywiadu. A „+972 Magazine” nie jest bezstronną izraelską redakcją, lecz jawnie zaangażowanym politycznie, lewicowym portalem izraelsko-palestyńskim. Sam określa Izrael jako państwo apartheidu, przedstawia syjonizm jako projekt osadniczo-kolonialny i deklaruje, że jego zadaniem jest wspieranie walki z izraelską okupacją. „Local Call”, w którym ten sam materiał ukazał się po hebrajsku, jest siostrzanym portalem „+972”, nie drugim, niezależnym źródłem.
Zarzuty opublikował następnie „Guardian”, wykorzystując relacje tych samych sześciu anonimowych rozmówców. Dwa lata później Abraham i Rachel Szor rozbudowali tę historię o kolejne anonimowe wypowiedzi i nakręcili „Nazę”. „Guardian”, czyli gazeta uczestnicząca już wcześniej w nagłaśnianiu pierwotnego materiału również film ten wyprodukował.
Nie mamy więc kilku niezależnych źródeł potwierdzających te same ustalenia. Mamy tę samą opowieść krążącą pomiędzy Abrahamem, „+972”, „Local Call” i „Guardianem”, w obiegu zamkniętym, najpierw jako artykuł, potem jako film, a po owacji w Wenecji jako światową sensację.
Autorzy filmu twierdzą, że pokazują sposób działania izraelskiej armii w Gazie, w tym wykorzystywanie programu Lavender, analizującego ogromne ilości danych i wspomagającego wskazywanie potencjalnych celów. System Lavender istnieje. Izraelska armia nie zaprzecza stosowaniu narzędzi informatycznych do porządkowania wielkich ilości danych wywiadowczych. Odrzuca natomiast twierdzenie, że program samodzielnie wybiera ludzi do zaatakowania. Według oficjalnego stanowiska IDF system wskazuje analitykom informacje wymagające zbadania, natomiast decyzje dotyczące wyboru i zatwierdzenia ataku podejmują ludzie, nie sztuczna inteligencja.
Tytuł „Naza” pochodzi zresztą od hebrajskiego określenia szkód ubocznych, נזק אגבי, nezek agavi. W izraelskim systemie wyboru celów oznacza przewidywaną liczbę cywilnych ofiar konkretnego ataku, uwzględnianą przy ocenie jego proporcjonalności. Liczba ta nie jest ustalana przez program Lavender i nie oznacza ludzi automatycznie „przeznaczonych do zamordowania”. Lavender wspomaga wyszukiwanie potencjalnych celów, natomiast dowództwo ma osobno ocenić, czy znaczenie celu wojskowego uzasadnia przewidywane ryzyko dla cywilów. Takie kalkulacje są normalnym elementem planowania działań wojennych, a samo istnienie parametru przewidywanych strat ubocznych nie dowodzi ani zamiaru mordowania cywilów, ani ludobójstwa.
Jakkolwiek straszna nie wydaje się być z punktu widzenia ludzi nie żyjących w wojennej rzeczywistości taka kalkulacja - jest elementem akceptowanym i wręcz wymaganym przez prawo międzynarodowe. Bo wojna w ogóle jest straszna.
System wyboru celów oczywiście bywa okrutny, tak jak okrutna jest każda wojna prowadzona w gęstej zabudowie miejskiej, pośród ludności cywilnej. Ale warunków tej wojny nie wybrał Izrael, lecz Hamas, który z rozmysłem umieścił swoją infrastrukturę wojskową pośród cywilów, aby pomnażać straty własnej ludności, a następnie przedstawiać je światu jako dowód izraelskich zbrodni i ludobójstwa. Taktyka okazała się idealna - Hamas osiągnął dokładnie ten efekt, o który mu chodziło, dzięki zidioceniu zachodniej liberalnej lewicy i pomocy self-hating Israelis, takich jak twórcy i bohaterowie „Nazy”.
W filmie ponoć słyszymy, że praca przypominała grę komputerową. Jeden z rozmówców miał powiedzieć, że była „insanely fun”, obłędnie zabawna. Nie wiemy jednak, co dokładnie określił w ten sposób. Obsługę urządzeń, wykrycie przeciwnika, powodzenie operacji, trafienie członka Hamasu czy śmierć cywilów. Nie znamy całej rozmowy ani pytania, na które odpowiadał. Otrzymujemy wybrane zdanie, odpowiednio umieszczone w filmie, aby stało się charakterystyką izraelskiej armii.
Jeżeli ten człowiek rzeczywiście czerpał przyjemność z zabijania ludzi, jest moralnie odrażający. Świadczy to jednak o nim, nie o kilkusettysięcznej armii i nie o państwie. W kraju, w którym obowiązkowa służba wojskowa obejmuje znaczną część społeczeństwa, znalezienie 24 ludzi gotowych opowiadać o własnej armii rzeczy najstraszniejsze nie jest statystycznie żadnym osiągnięciem. Można znaleźć ludzi straumatyzowanych, rozgoryczonych, ideologicznie wrogich rządowi, przepełnionych poczuciem winy, szukających odkupienia, pragnących rozgłosu, a także zwyczajnych psychopatów. Można z nich następnie zbudować portret całego państwa.
Film otrzymał w Wenecji trwającą blisko 25 minut owację na stojąco. Podobno jednym z najgorliwiej oklaskujących był Jonathan Glazer. Długość owacji nie jest oczywiście żadnym argumentem na rzecz prawdziwości filmu. Mówi natomiast bardzo wiele o publiczności, która go oglądała. Wenecki festiwal od dawna nie jest bezstronnym sądem badającym materiał dowodowy, ale środowiskiem o wyraźnych określonych sympatiach politycznych, w którym propalestyński film oskarżający Izrael nie burzy utrwalonego obrazu rzeczywistości. Przeciwnie, potwierdza wszystko, w co widownia chce wierzyć.
Oklaski nie były reakcją na odkrycie, były reakcją na potwierdzenie.
Tegoroczna Wenecja zgromadziła środowisko jawnie wrogie Izraelowi. Wspomniany już Jonathan Glazer wykorzystał wcześniej oscarowy sukces „Strefy interesów” do publicznego wystąpienia przeciwko Izraelowi, w przemówieniu wspomniał wprawdzie o „ofiarach 7 października w Izraelu”, nie powiedział jednak ani słowa o zakładnikach nadal przetrzymywanych wtedy przez Hamas. Nie wymienił i nie potępił również samego Hamasu. W jury konkursu zasiada też Kaouther Ben Hania, reżyserka skrajnie propalestyńskiego „Głosu Hind Rajab”, nagrodzonego rok wcześniej w Wenecji również ponad 20-minutową owacją. Na festiwalu pojawili się także Susan Sarandon i Javier Bardem, od lat należący do najbardziej zajadłych przeciwników Izraela w świecie filmu, witanie jak bohaterowie. W takim środowisku „Naza” nie mogła być zaskoczeniem ani wstrząsającym odkryciem. Była filmem, na który ta publiczność czekała.
Światowe media tylko czychały na taką okazję i zrobiły z tego międzynarodowy cyrk antyizraelski.
Na przykład CNN zilustrował materiał o „Nazie” ujęciami widowni wymachującej entuzjastycznie palestyńskimi flagami, choć część tych kadrów pochodziła z ubiegłorocznego festiwalu. Propalestyńska manifestacja i tegoroczna premiera zostały zmontowane w jedno polityczne widowisko.
Przeciwko Izraelowi, na bezpiecznych dachach Tel Awiwu, wypowiadała się grupa ludzi słabych, straumatyzowanych i niewdzięcznych, którzy powinni pójść na terapię, zamiast urządzać sobie publiczne oczyszczenie kosztem własnego państwa. Mogli opowiadać wszystko, co im się żywnie podobało, ponieważ chroniło ich właśnie państwo, które oskarżali - jego armia, prawo i Żelazna Kopuła. Bez tej ochrony z tych nieszczęsnych dachów Hamas zapewne zdmuchnąłby ich rakietami w mniej niż te okrzyczane 25 minut.
Najbardziej istotne jest to, że film został nakręcony przez Izraelczyków. „+972 Magazine” oraz „Local Call” funkcjonują fizycznie i prawnie w Izraelu. Wydaje je izraelska organizacja non profit „972 - Advancement of Citizen Journalism”, której oficjalna siedziba mieści się przy ulicy Ben Avigdor 20 w Tel Awiwie. Abraham jest Izraelczykiem mieszkającym w Jerozolimie. „Naza” powstawała przez trzy lata w Izraelu, a rozmowy prowadzono między innymi na dachach budynków w Tel Awiwie. „Guardian” ma w Jerozolimie własną korespondentkę bliskowschodnią.
Twórcy „Nazy” nie obserwują więc Izraela z bezpiecznej odległości. Żyją w nim, pracują w nim, mają w nim redakcję, korzystają z jego dróg, telefonów, infrastruktury, ochrony prawnej, lotniska oraz swobody prasy i podróżowania. Mogli swobodnie rozmawiać z wojskowymi i funkcjonariuszami wywiadu, ukryć ich tożsamość, zmontować materiał oskarżający własną armię, wywieźć go za granicę i zaprezentować światu jako świadectwo zbrodniczej natury państwa. Nikt ich za to nie uwięził. Nikt nie odebrał im paszportów. Korzystali z wolności, bezpieczeństwa i ochrony prawnej zapewnianych przez Izrael, aby wyprodukować przeciwko Izraelowi akt oskarżenia.
A teraz czytam pochwały dla tych niezwykle dzielnych ludzi. Dlaczego dzielnych? Co zrobili takiego dzielnego i odważnego? Nic im za to przecież nie groziło i nadal nie grozi.
Ja nazwałabym ich po prostu zdrajcami.
Słowo „zdrajca” niemal zniknęło ze współczesnego języka. Rozpuściło się w relatywizmie, psychologizowaniu i kulcie indywidualnego sumienia. Nie pytamy już, komu człowiek jest winien lojalność, jakie zobowiązania przyjął i jakie skutki przyniesie jego postępowanie. Pytamy, co czuł, czy był straumatyzowany, czy pozostał wierny sobie i czy zdobył się na odwagę „zabrania głosu”.
Człowiek występujący przeciwko własnemu państwu zostaje więc automatycznie nazwany sygnalistą. Reżyser, który podczas wojny dostarcza przeciwnikom własnego kraju najcięższych oskarżeń, staje się odważnym artystą. Im większą szkodę wyrządza swojej wspólnocie, tym większego dowodu moralnej niezależności rzekomo dostarcza.
Dawniej zdrada nie wymagała otrzymywania pieniędzy od wroga ani życzenia własnemu narodowi zagłady. Polegała również na świadomym dostarczaniu przeciwnikowi broni, informacji albo argumentów, które mógł wykorzystać. Szlachetne wyobrażenie zdrajcy o samym sobie nie zmieniało skutków jego czynów. Większość zdrajców nie uważała się zresztą za ludzi złych. Każdy potrafił znaleźć wyższe uzasadnienie: pokój, sprawiedliwość, postęp, dobro ludzkości albo ratowanie własnego kraju przed nim samym.
Twórcy „Nazy” z anonimowych relacji skonstruowali oskarżenie dotyczące całego izraelskiego systemu prowadzenia wojny. Wynieśli je następnie przed międzynarodową publiczność, która od dawna czeka na każde potwierdzenie, że Izrael jest państwem wyjątkowo zbrodniczym. Sami otrzymali nagrodę moralną: owację, uznanie, poczucie odwagi i własnej czystości. Polityczne konsekwencje ich działalności poniesie państwo, które dało im wolność niezbędną do jego oskarżenia.
Ruth Wisse w „Jews and Power” pisze o moralnym solipsyzmie, który przez stulecia kształtował żydowskie myślenie polityczne. Naród pozbawiony państwa, armii i możliwości samodzielnej obrony uczynił ze swojej bezsilności cnotę. Żydzi mieli przetrwać dzięki moralności, użyteczności oraz przychylności obcych władców. Historia pokazała, ile warta była ta przychylność, gdy naprawdę jej potrzebowali.
Powstanie Izraela przywróciło Żydom możliwość obrony. Nie usunęło jednak odruchu polegającego na nieustannym udowadnianiu światu własnej moralnej wartości. Zamiast najpierw rozpoznać zamiary wroga i zapewnić przetrwanie własnej wspólnocie, część Izraelczyków wciąż pyta przede wszystkim, czy jest dostatecznie niewinna w oczach ludzi, którzy nie uznają jej prawa do obrony.
„Naza” jest publicznym rytuałem takiego oczyszczenia. Jej bohaterowie mówią światu: uczestniczyłem w tym, lecz zrozumiałem, odciąłem się, wyznałem winę, a więc nie jestem już jednym z nich. Moja moralność została uratowana. To, że ich słowa zostaną użyte przeciwko żołnierzom nadal walczącym z Hamasem oraz przeciwko całemu Izraelowi, schodzi na dalszy plan.
W przypadku Izraela ten zabieg działa wyjątkowo skutecznie, ponieważ oskarżenie wypowiedziane przez Izraelczyka automatycznie otrzymuje szczególną wiarygodność. Świat nie mówi wtedy, że to przeciwnicy Izraela oskarżają Izrael. Mówi, że nawet SAMI Izraelczycy przyznają, że ich państwo jest zbrodnicze. Autor otrzymuje oklaski za rzekomą odwagę, a jego pochodzenie zostaje wykorzystane jako pieczęć autentyczności.
W szale niszczenia Netanjahu niektórzy z jego izraelskich przeciwników przekroczyli granicę pomiędzy walką z konkretnym rządem a niszczeniem państwa, którego ten rząd jest tylko chwilowym gospodarzem. Mogą sobie wyobrażać, że oskarżenia dotyczą wyłącznie obecnego premiera i jego gabinetu. Nie rozumieją, że w światowym obiegu Netanjahu, izraelski rząd, armia, państwo i Żydzi zlewają się w jeden obiekt oskarżenia. Oni mówią „Netanjahu”, świat słyszy „Izrael”.
Dla przeciwników Netanjahu jest on przyczyną całego zła Izraela i wystarczy go usunąć, a Izrael stanie się dobry i świat znów go zaakceptuje. Dla ludzi nienawidzących Izraela sam Izrael jest czymś w rodzaju Netanjahu świata, przyczyną całego zła, którą wystarczy usunąć, aby świat stał się lepszy. To dokładnie ten sam schemat myślowy, tylko wskazuje innego winnego.
Netanjahu może odejść, ale obawiam się, że nienawiść do Izraela pozostanie. Zmieni najwyżej nazwisko swojego chwilowego uzasadnienia.
Przed powstaniem Izraela oskarżano Żydów pozbawionych państwa o kierowanie państwami. Po jego powstaniu oskarża się żydowskie państwo o kierowanie światem. Kiedy Żydzi byli bezbronni, ich bezbronność nie zapewniła im miłości. Kiedy nauczyli się odpowiadać siłą, sama możliwość obrony została uznana za dowód ich zbrodniczości.
Tego kontekstu nie ma ani w filmie, ani w zachwyconych relacjach z Wenecji. Hamas napadł na Izrael, zamordował około 1200 ludzi i uprowadził 251 zakładników. Jest organizacją rządzącą Gazą, dysponującą strukturą wojskową, aparatem propagandowym oraz systemem wieloletniej indoktrynacji. Mimo to niemal zniknął z opowieści o wojnie. Izraelska odpowiedź została oddzielona od przyczyny, a następnie opisana tak, jakby sama była początkiem wydarzeń.
Sprawca jest słabszy militarnie, więc zostaje nazwany ofiarą. Napadnięty jest silniejszy i potrafi odpowiedzieć, więc zostaje nazwany agresorem. Siła militarna zastępuje pytanie o to, kto zaatakował i do czego dąży. Hamas znika, pozostaje Izrael.
Na tym właśnie polega polityczna funkcja „Nazy”. Nie na ujawnieniu istnienia technologii, inwigilacji, błędów, brutalności ani ludzi źle znoszących udział w wojnie. Żadna z tych rzeczy nie jest nadzwyczajnym odkryciem w opisie wielkiej operacji wojskowej prowadzonej w gęsto zabudowanym terenie przeciwko organizacji ukrywającej się pośród ludności cywilnej. Film nadaje im natomiast wspólny sens - mają dowodzić, że Izrael nie prowadzi wojny z Hamasem, lecz zbudował system masowego mordowania Palestyńczyków.
Autorzy mogli przewidzieć, jak ich dzieło zostanie wykorzystane. Wiedzieli, komu dostarczają ten materiał, w jakim momencie i w jakiej atmosferze politycznej. Zrobili to świadomie.
Wolność słowa chroni ich prawo do takiego działania. Nie nakazuje jednak udawać, że każde działanie dozwolone jest zarazem godne. Demokracja nie usuwa zdrady. Daje zdrajcy możliwość działania bez obawy, że zostanie za swoje poglądy zamknięty w więzieniu.
Twórcy „Nazy” skorzystali z tej wolności. Izrael zapewnił im bezpieczeństwo, prawa obywatelskie i swobodę wypowiedzi. Oni wykorzystali je do wyprodukowania przeciwko własnemu państwu aktu oskarżenia przeznaczonego dla świata, który od dawna czekał na możliwość wydania wyroku.
Wenecja odpowiedziała 25 minutami zbiorowego moralnego orgazmu. Bo nic nie sprawia zachodniej lewicy takiej przyjemności, jak możliwość niszczenia Izraela. A jeśli jeszcze robią to sami Żydzi, przyjemność jest podwójna.