https://www.facebook.com/witkowski.mich ... %2CO%2CP-RMichał Witkowski na FB pisze:
Moje szalone wykazdy dziennikowe. Dygitalizuję moje dzienniki i oto taki sobie wyjazd (fragment) z roku 2003
28 kwietnia 2003, Ciechocinek, godz. 21:50, na kwaterze prywatnej u baby (głuchej). Otóż i owa zwariowana podróż. Z 10 dni temu miałem jechać z Wrocławia do Dusznik. W końcu wsiadłem w pierwszy lepszy pociąg i pod wpływem impulsu wysiadłem w Tczewie, z Tczewa pojechałem do Elbląga, z Elbląga pekaesem do Krynicy Morskiej, tam spędziłem 5 dni jeżdżąc parę razy do Elbląga, z Krynicy znów do Elbląga, z Elbląga do Olsztyna, (nie zdążyłem, niestety, zwiedzić Malborka, tylko połaziłem po krużgankach). W Olsztynie dwa dni u Mariusza Sieniewicza, który naprędce zorganizował wieczór autorski „pisarz Michał Witkowski zaszczycił nas swoją obecnością korzystając z letniej włóczęgi po pojezierzu…” w ich („Portretu” [pismo literackie]) lokalu, Klubokawiarni Literackiej „Zeppelin” [pamiętam, wszędzie na półkach „nowa proza polska” i komplety wszystkich, nawet najbardziej niszowych czasopism literackich, (włącznie z pismem anarchistów „Mać Pariadka”), nawet nie wiedziałem, że tyle ich jest.]. Z Olsztyna do Pisza nad Śniardwy, ale zaraz uciekłem stamtąd bo głucho, pusto i zabite dechami [a właśnie tak jest najfajniej, właśnie trzeba było zostać, jakiś nocleg w końcu, niczym Najświętsza Panienka byś znalazł!], a ludzie gadajo po r u s k u [to tym bardziej! No ale nie miała jeszcze wprawy w jeżdżeniu]. Na dworcu w Piszu w kiblu najnormalniej w świecie, jak za starych, dobrych lat, brandzlowała się przy pisuarze stara, typowo wydobyta z grobu c i o t a i mlaskała na mnie jęzorem, aż się roześmiałem. Wróciłem do Olsztyna i pojechałem do Iławy nad Jeziorak, do krainy Pana Samochodzika (choć Śniardwy to też jego kraina!). Tam upojne trzy dni w pensjonacie Natura [dokładnie w miejscu, w którym jest teraz hotel Port], wypytywałem bufetową w knajpie [być może była to jeszcze słynna kawiarnia Czapla] o Nienackiego, to tylko westchnęła:
- Oj, panie, co tu się działo…
- No co się działo?
- No panienki, wódeczka, nieletnie siuksy na ucieczce z domu…
W kioskach w lokalnej prasie: „Niewykluczone, że ciało chłopca znajduje się na dnie Jezioraka…”
Ciało i chłopiec to bardzo niebezpieczne połączenia, a już ciało chłopca…
Stamtąd miałem jechać do Siemian, ale się zląkłem, że tam nie będzie noclegu [oj, nie byłoby!] Miałem więc jechać do domu, ale mi się zrobiło żal… Pojechałem więc tu [do Ciechocinka] z perypetiami, wysiadam w nocy z pociągu i słyszę, że orkiestra gra, a jakiś wodzirej czy śpiewak podrzędny, knajpiano – dancingowy śpiewa tango „Ostatnia niedziela”. Więc idę za tym jak prowadzony po nici tej muzyki aż doprowadza mnie ona do domu wypoczynkowego, kloca, z balkonami, jakaś tam Błyskawica czy co, ale to nie tu… Za nią jest knajpa, sala bankietowa, wchodzę. To tu grają „Ostatnią niedzielę”. Sala olbrzymia, pusta. Stoły porozsuwane pod oknami, po ścianach, paru kelnerów się nudzi przy barze, a na środku tego dwie grube, stare baby tańczą ze sobą to tango „Ostatnia niedziela”, z przechyłami!
Dzienniki dostaje się przy zakupie dalszych tomów Autobiografii.
Michał Witkowski na tapecie (nie tylko foto)
Regulamin forum
Info: tematy możliwe do przeglądania przez gości forum, dostępne indeksowanie dla bootów typu Google.
Info: tematy możliwe do przeglądania przez gości forum, dostępne indeksowanie dla bootów typu Google.
- Hebius
- Posty: 17582
- Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
- Lokalizacja: Kętrzyn
Re: Michał Witkowski na tapecie (nie tylko foto)

- Hebius
- Posty: 17582
- Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
- Lokalizacja: Kętrzyn
Re: Michał Witkowski na tapecie (nie tylko foto)
https://www.facebook.com/witkowski.mich ... %2CO%2CP-RMichał Witkowski na FB pisze:
Dużo ludzi mówi mi, że jak kiedyś słuchali audiobooka "Lubiewa" to uważali, że to jest książka śmieszna. A jak teraz słuchają mojej nowej wersji to wydaje im się to wszystko tragiczne, najwyżej tragikomiczne. Być może właśnie udało mi się w tym audiobooku narzucić słuchaczom taką moją wizję. Zawsze chciałem, aby w "Lubiewie" było więcej tragizmu niż komizmu. Poza tym bardzo przejmująco wypadły te najbardziej poważne fragmenty, jak "Śmierć Dżesiki". Co do śmiesznych fragmentów, prawdopodobnie czytając i interpretując to, co czytam, mimo wszystko dystansowałem się do nich i do tego komizmu, bo na wyższym poziomie to już NIE jest śmieszne, o ile rozumiecie, co mam na myśli. Niby takie śmichy - chichy z ulotki o AIDS, a jednak patrząc bardziej z dystansem - tragedia, a nie komedia... Niby taka śmieszna Łucja Kąpielowa, a jak skończyła? Niby takie śmieszne, że jeden Niemiec zjadł drugiego Niemca, ale ile musi się głodu niezaspokojonego seksualnego zgromadzić w człowieku i ile rozpaczy, desperacji, aby zdecydował się posiąść całkowicie czyli pożreć drugiego człowieka! Ile rozpaczy w cynicznych żarcikach Radwanickiej...
Tak więc taki audiobook to nie jest przedstawienie tekstu tylko pokazanie wizji tekstu. Jak "Wesele" jednego reżysera będzie inne niż "Wesele" innego reżysera, bo to są inne wizje. Dlatego męczą mnie takie teskty w stylu: "Ale ja już czytałem Lubiewo dawno temu, to czemu mam teraz słuchać?" Czytałeś scenariusz "Wesela", a tu masz je wystawione w teatrze.

- Hebius
- Posty: 17582
- Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
- Lokalizacja: Kętrzyn
Re: Michał Witkowski na tapecie (nie tylko foto)
https://www.facebook.com/witkowski.mich ... %2CO%2CP-RMichał Witkowski na FB pisze:Michał Witkowski, "Dziennik kubański", fragment
Pogoda się zmieniła. Mówi się, że teraz na Kubie nie sezon. Że zaczyna się okres tajfunów. Zamawiam tajfun Diego. Wiatr pachnący praniem na sznurku targa moje włosy układane na suszarkę w pokoju. Jakby sam był brutalnym facetem, chwyta mnie obiema rękami za twarz i wykręca. Pluje mi w usta. Jestem w takim nastroju, tak rozerotyczniona, że mogę zajść w ciążę z wiatrem.
Wreszcie jest i K u r w a. Nie przeprasza, że się spóźniła, bo pewnie nawet tego nie zauważyła. Mówi, że dziś idziemy na połów na stację benzynową. Od razu mi staje.
Bo trzeba tu koniecznie wyjaśnić, czym jest zjawisko stacji benzynowej na Kubie. Wspomniałem już o pokrewnym mu zjawisku "lujów siedzących na chodniku przy rozkręconym samochodzie": stare auto, łada, albo żiguli, a często też maluch, polonez lub duży fiat. Rozkręcony co do jednej śrubeczki. Każda z nich leży w idealnym porządku na asfalcie wśród szmatek i t d. Nad tym wszystkim deliberuje konsorcjum dziesięciu zaaferowanych lujów w podkoszulkach żonobijkach, całych w smarze. Zastanawiają się, drapią w głowy, palą, plują, i koniec końców, te ich stare samochody są bardziej zadbane niż takie z normalnego świata więc nigdy nie lądują na złomie, bo w komunie rzeczy się nie wyrzuca, tylko używa i naprawia. To zjawisko nazywam Rozkręcone Auto, w skrócie RA.
Zjawisko RA jest pokrewne zjawisku GA (Gasolinera).
Owe stacje, stacjami rozkoszy czy też stacjami męki pańskiej lepiej by było nazwać. Rozkosz jest bowiem tylko drugą stronę medalu, którego pierwszą jest ból i głód. Ból, że oto mijasz stację i nie jesteś pojemny jak ta przeciekająca cysterna na wodę, która stoi zaparkowana pod palmą, ból, że znowu wszystkiego nie przerobisz. Że odrapane, że malownicze, że nagle w środku rośnie zakurzona palma, na której mieszka wyliniała od benzyny i uzależniona od ropy papuga, że kolorowe napisy, zawijaśne - tego chyba nie muszę mówić. Zawsze ilekroć przechodziłem koło stacji, przypominał mi się tytuł wczesnego filmu Felliniego "Wałkonie". Upał. Luje siedzą w siatkowych podkoszulkach na wąskich ramiączkach, tatuaże się nagrzewają, a oni po prostu się wałkonią. Jeden grzebyk wyciągnie, po włosach se przejedzie, chusteczką otoczy i zagra "Besame mucho" lub "Hasta Sempre" rzewnie. Inny kostkę Rubika ma i nią kręci. To się siłują na rękę... To kopią w opony jakiegoś samochodu... Po prostu jest to męskie miejsce do siedzenia i wałkonienia się...
Wiem, że może nieekologicznie i niepoprawnie to zabrzmi, lecz czasem zdarza się i tak, że wałkonie owi koguty mają żywe, z pięści im się wyrywające z wielkim hałasem, a piór gubieniem, i tymi kogutami żywymi (do czasu) się nawzajem, jak kukiełkami, n a p i e r d a l a j ą, a usmarowany po uszy najpiękniejszy luj pracujący tu głównie pod samochodami stoi, pali (na stacji benzynowej!) i z przyjemnością się przygląda. Nawet na Kubie zakazane, cóż, kiedy policjanci największymi owych walk kogutów są miłośnikami i kibicami, któż więc tępić by je miał? Obciąg też niby mają ograniczać, a pierwsi w kolejce do spustu surówki stoją na rozszerzonych nogach i w ucho jęzorem, niczym wężem zdradliwym, włażą.
Któż więc na tej Kubie pilnuje porządku? Nikt. Porządek sam się pilnuje i jest dobrze, choć Szwedowi jakiemuś czy Norwegowi protestanckiemu mogłoby się wydać, że jest źle, okna niepomyte, bo prawdę mówiąc szyb od dawna nie ma...
Łowy na stacji benzynowej na Kubie to coś jak łowić ryby w akwarium.
Aby przeczytać Dziennik kubański [ebook + audiobook] zgłoś się na messengerze!

- bolevitch
- Posty: 6337
- Rejestracja: 22-07-2018 14:45:00
Re: Michał Witkowski na tapecie (nie tylko foto)
czy mnie się zdaje czy stylistycznie gdzieś zbaczamy?
- Hebius
- Posty: 17582
- Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
- Lokalizacja: Kętrzyn
- Hebius
- Posty: 17582
- Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
- Lokalizacja: Kętrzyn
Re: Michał Witkowski na tapecie (nie tylko foto)
https://www.facebook.com/witkowski.mich ... AHEtZ7p4RlMichał Witkowski na FB pisze:Moja Babcia Anna Csillag (fragment, który nie wszedł do „Wiary”)
Moja Babcia Wrocławska. Po nocach pracująca nad środkiem na porost włosów, jak średniowieczny alchemik, jak jakaś szalona Anna Csillag lat osiemdziesiątych. Jałowe słoiczki i buteleczki z brązowego szkła, jak również bazowe składniki, dostarczał jej hurtowo pracujący w Herbapolu dziadek. To była czysta profeska. Więc z miną spiskowca wręczała mi słoiczki, ale nie z przetworami, których nigdy nie robiła. W środku przelewała się jakaś skomplikowana maź zielonoburordzawa, dwufazowa, opalizująca, przed użyciem wstrząsnąć. I to były jej przetwory.
Dziadek był posiadaczem potężnej łysiny, na której babcia mogła prowadzić eksperymenty na ludziach zupełnie legalnie w swoim dwupokojowym mieszkanku w bloku na Młodych Techników, z widokiem „na skwerek”. Dziadek posłusznie nacierał całą łysinę z resztkami okalających ją siwych włosów najnowszym specyfikiem, pozwalał sobie nałożyć na to czarną siatkę i tak siedział przed telewizorem, oglądał sobie Koncert Życzeń.
W upalne popołudnia nie było już wtedy chętnych do kąpieli w pachnącej szlamem Odrze, więc my, dzieci, siedzieliśmy choćby dla chłodu i zapachu, przyglądając się ślimakom wodnym w długich, zakręconych w świderek muszelkach. Kiedyś zabrałem jednego do domu i próbowałem hodować w słoiku z wodą. Potem mi się znudził i – jak wcześniej trzy kolejne chomiki, jedna myszka i jedna papużka – wylądował u babci, która hodowała („dohodowywała”) zwierzęta „po mnie”. Kiedy ją potem odwiedziłem wraz z tatą, już tego ślimaka nie było.
Babcia powiedziała tylko:
– Wylęgła się z niego jakaś egzotyczna mucha i odleciała.
Chyba uznała, że „wyciąg ze ślimaka wodnego” doskonale wzbogaci jej najnowszy preparat na porost włosów.
Kilku moich kolegów z klasy cierpiało z powodu zbyt wolnego porostu włosów łonowych, ponieważ wśród chłopców zapanował prawdziwy wyścig w tej kwestii i tu otwierały się poważne możliwości biznesowe dla mojej babci, która przekazywała im przeze mnie w butelkach do syropków, z brązowego szkła, swoje mikstury, a chłopcy dzielnie i niezmordowanie wcierali, aż naprawdę zaczęli mieć problemy z włosami na dole. W ten sposób moja babcia produkowała sobie popyt. Pierwsze mikstury za darmo, jak heroina u dilera, ich zadaniem było przerzedzić włosy i stworzyć właściwy problem, który potem do woli można naprawiać kolejnymi miksturami.
Po śmierci dziadka zabrakło łysiny do testów na ludziach i została nam tylko ukryta za zaczeską łysina mojego taty, do której się nie przyznawał. Ale ileż problemów! Dostawałem w sekrecie próbki i w domu miałem „wypróbować na tatusiu” nowy środek na porost włosów, tak aby niczego nie zauważył. Wszystkie chwyty dozwolone. A więc każdorazowo innym podstępem. Domieszać mu do szamponu. Wymazać mu nim głowę w czasie snu… Nic dziwnego, że wobec tych komplikacji trudno było zachować systematyczność zabiegów i to mogło fałszować na niekorzyść wyniki testów.
Mama, która nie cierpiała babci, (oj, i vice versa”!), wpadała w szał za każdym razem, kiedy się wydało, że znowu „testowałem na tatusiu”.
– Dlaczego ten ręcznik jest taki zielony? – pytała podejrzliwie – Wiesz coś o tym? Znowu próbowałeś jakieś JEJ świństwo? Gdzie to masz? Oddaj!
Kalendarzyk z roku śmierci mojej Babci Wrocławskiej (1997), oprawiony w czerwone płótno z jakimiś chińskimi smokami... Tak bardzo smutny, z datami chemii. Z adresami różnych magików od raka, leczących wahadełkiem i piciem własnego moczu, bo babcia, która zawsze miała tendencje do mistycyzmu, na koniec całkiem popłynęła… Z zapisanym na wewnętrznej stronie okładki adresem pracowni peruk… I gdzie teraz, babciu, twój wspaniały środek na porost włosów? PS: Czy "Zyta Witkowska Hair" to nie jest dobra nazwa na markę kosmetyków i supli na wypadanie włosów? Kto da kapitał początkowy?
Michał Witkowski AUTOBIOGRAFIA, wersja uzupełniona i rozszerzona.
