

Nie od podatników. Od państwa chcą interwencji, ale od konsumentów chcą, aby płacili więcej za książki. To już nie wiem, co gorsze - od podatników, czy od konsumentów, ale za pośrednictwem interwencji państwa. Przeczytaj sobie to, co sam wstawiałeś.Hebius pisze: ↑08-07-2026 23:32:26 Ale w jaki sposób ci roszczeniowcy wyciągają rękę do podatników, domagając się 10% procent od wydawcy? Już samo proszenie rządu o jakąś interwencję to za dużo, bo rząd - zwłaszcza ten nasz obecny - to ma ważniejsze sprawy na głowie?
Rozumiem brak empatii dla ciepatych - niech zdychają, byle za płotem, po białoruskiej stronie - ale skąd taka twoja niechęć do ludzi kultury? Przecież akurat w przypadku tej akcji nie chodzi o wyszarpanie jakiejś kasy z budżetu, tylko inny sposób podziału wydawniczego tortu.

Zwłaszcza jest to uderzające pod tym względem, że jednak wydawało mi się - jakkolwiek możemy się w różnych sprawach nie zgadzać - że nie masz mnie za jakiegoś niepiśmiennego idiotę-troglodytę, który konsumuje tylko rolki z Tiktoka - bo tylko ktoś taki mógłby mieć poglądy, które mi w tym fragmencie przypisałeś. Dziwaczne zachowanie.
Nie są uprzywilejowaną grupą. Problem, który mam z tą akcją, polega na tym, że chcieliby być. Ten argument jest o tyle nietrafiony, że tylko potwierdza mój punkt widzenia. Równie dobrze moglibyśmy napisać "Nie wydaje mi się, aby hydraulicy byli obecnie jakąś uprzywilejowaną grupą" (bo przecież nie są - mają tyle, ile sobie zarobią na wolnym rynku, tak jak większość ludzi). I że w tej sytuacji mamy wybór: albo możemy uznać, że hydraulicy nie są nam potrzebni, bo roboty załatwią sprawę (w końcu gotowość obecnych robotów do naprawiania rur jest podobna, jak AI do tworzenia np. powieści) - albo spróbować im jakoś pomóc, zwłaszcza że do niektórych hydraulików mam sporo sympatii.Hebius pisze: ↑09-07-2026 23:46:38 Zasadniczo masz rację, z tym, że nie wydaje mi się, by w tej chwili pisarze stanowili uprzywilejowaną grupę czerpiąca nie wiadomo jakie profity ze swojej pracy i domagającą się jeszcze dodatkowych przywilejów. (...) Albo przyznać autorom rację i spróbować im jakoś pomóc.

https://kultura.onet.pl/wiadomosci/ile- ... ce/cbxrwkgOnet pisze:Debata o zarobkach twórców regularnie powraca w przestrzeni publicznej, często okraszona zarzutami o "darmozjadztwo" artystów. "Nie potrafisz — to nie pchaj się na afisz, nie umiesz się utrzymać ze sztuki, nikt tego nie chce kupować — to zmień zawód." — takie głosy słyszą pisarze. Rzeczywistość okazuje się jednak znacznie bardziej brutalna.
Otóż: prawie nikt z tego się nie może utrzymać. Nie dlatego, że jest kiepski, tylko dlatego, że pisarze dostają bardzo niewielką część pieniędzy ze sprzedaży książki — zaznacza Dehnel.
Jak wynika z raportu "Jeszcze książka nie zginęła?", przeciętna książka kosztuje 57,50 zł, a realna cena zakupu to 40,20 zł. Jak tłumaczy pisarz, do autora trafia średnio 2,87 zł brutto za egzemplarz. Od tej kwoty trzeba jeszcze odprowadzić podatek, a składki na ubezpieczenie społeczne są często poza zasięgiem, bo zwyczajnie nie ma z czego ich opłacić.
"Przyjmijmy dla łatwego rachunku, że książkę pisze się rok. Średni nakład to 3 tys. egzemplarzy; jeśli autor sprzeda ten średni nakład, to przy średnim zysku od egzemplarza otrzyma 8 tys. 610 złotych brutto, za rok pracy. 717 zł 50 gr miesięcznie. Żeby dostać średnią krajową, musiałby sprzedać blisko 40 tys. egzemplarzy, czyli musiałby pisać książkę i sprzedawać jej średni nakład co miesiąc. Wiem, że to brzmi jak obłęd, ale taki jest rynek książki w Polsce: ogarnięty szaleństwem" — czytamy.
W odpowiedzi na tę sytuację Unia Literacka — stowarzyszenie pisarek i pisarzy — postuluje wprowadzenie minimalnych stawek procentowych w nowej ustawie.
Pomysł jest prosty: autorzy powinni otrzymywać minimum 10 procent od stałej ceny okładkowej, a nie od zmiennej ceny hurtowej. Jak zauważa Dehnel, to rozwiązanie funkcjonuje już w innych branżach, gdzie istnieją minimalne stawki godzinowe czy płaca minimalna — chodzi o ochronę najsłabszych uczestników rynku.
Kampania "10 procent" to polska wersja francuskiej akcji "La Charte des Auteurs et Illustrateurs Jeunesse" z 2016 r.


Czy żeby być przeciwko tej regulacji trzeba czuć niechęć do pisarzy; a - jak rozumiem - jeśli się tej niechęci nie odczuwa, trzeba być przeciwko? Moim zdaniem bez nadregulacji branży dla pisarzy w dłuższej perspektywie będzie lepiej, niż z tymi regulacjami. Jak państwo by się wzięło za ustalanie podziału zysków ze sprzedaży piasku, to zaraz by piasku zabrakło.Hebius pisze: ↑10-07-2026 20:33:27 No właśnie w tym jest chyba cały problem, że mam cię za człowieka czytającego i dlatego nie potrafię zrozumieć twojej niechęci do pisarzy, bo chyba tylko tym można wyjaśnić twoją reakcję, komentarze do obecnej akcji i zamknięcie oczy na patologię rynku wydawniczego.


https://www.facebook.com/olga.gitkiewic ... =-UC%2CP-ROlga Gitkiewicz na FB pisze:
Jak to zrobiliśmy. Każda osoba, która wzięła udział w tej akcji, wybrała jedną ze swoich książek. Ja wybrałam Nie zdążę. Jej cena okładkowa to 39 złotych, w tym 5% VAT, a zatem cena okładkowa netto to ok. 37 złotych. Potem wybraliśmy jeden ważny dla siebie wydatek. Agata Romaniuk - leki, Grzesiek Piątek bilet kwartalny, Aneta Prymaka-Oniszk okulary, Piotr Tarczyński karnet na zajęcia sportowe, ja wybrałam bilet kolejowy w jedną stronę - na dokumentację do kolejnej książki, bo akurat byłam w reporterskiej podróży, a reporterskie podróże, kwerendy i praca w terenie to znacząca część moich wydatków. Potem obliczyliśmy, ile naszych książek musielibyśmy sprzedać, żeby móc te swoje koszty opłacić - gdybyśmy, podkreślam, gdybyśmy otrzymywali tantiemy w wysokości 10% ceny okładkowej netto od jednego egzemplarza tej naszej wybranej książki. Mój bilet przecudnym zbiegiem okoliczności kosztował ok. 57 złotych. Powrotny był droższy, bo już nie udało mi się kupić w promocji, ale za przejazd tam zapłaciłam równowartość tantiem z 15 sprzedanych książek - gdyby te tantiemy wynosiły 10%. Bardzo często wynoszą mniej, niezwykle często są wypłacane od ceny sprzedaży, a więc od nieznanej autorowi czy autorce stawki. Nasze statystyczne tantiemy to niecałe 3 złote od egzemplarza. Jako Unia Literacka postulujemy tantiemy autorskie w wysokości minimum 10% ceny okładkowej netto. Dla wszystkich piszących osób.
I teraz jeszcze o tym, jak te liczby pracują. Nie zdążę to książka, która w polskich warunkach miała szczęście zostać bestsellerem. Było kilka dodruków, nie zniknęła z księgarni po 3 miesiącach od premiery, a tak się przecież często dzieje - żywot książki jest dziś krótki. Pisałam ją niecałe dwa lata. Przyjmijmy roboczo, że sprzedało się jej 10 tysięcy - w polskim reportażu książkowym to już bestseller. 10 tysięcy x 3,7 PLN to byłoby 37 tysięcy złotych. Wypłacanych nie jednorazowo, tylko w odcinkach co pół roku.
Naprawdę wiele książek sprzedaje się w niższych nakładach. Naprawdę wiele osób piszących dostaje 2, 3 złote za sprzedaż jednego egzemplarza swojej książki, który w księgarni kosztuje 50 złotych. I to jedyne honorarium, bo przecież zaliczki, jeśli je dostajemy, są potrącane z naszych tantiem. Ustalenie minimum 10% ceny okładkowej netto nie wydaje mi się wygórowaną propozycją - to tylko jedna dziesiąta - a pozwoliłoby wprowadzić jakąś przejrzystość i przewidywalność na tym nieprzejrzystym i nieprzewidywalnym rynku.
Naszą kampanię organizujemy we współpracy z francuskim stowarzyszeniem La Charte - oni tagowali ją hasłem #payetonauteur i my za nimi tagujemy tak samo.
Akcję skoordynowała Joanna Kuciel-Frydryszak, opracował ją graficznie Tomasz Minkiewicz ze wsparciem Pawła Pawlaka, zdjęcia zrobił Łukasz Giza. Zapisujcie się do Unii, obserwujcie nas, walczymy o to, żeby pisanie było uznawane za pracę, a nie tylko za pasję, monitorujemy i konsultujemy ustawy, które naszego zawodu choć trochę dotyczą, udzielamy porad prawnych i staramy się wspierać w pisaniu.
10%, ludzie. Jedna dziesiąta.

Przecież jedno jest akcją wspierającą drugie (choć jak dla mnie - raczej ośmieszającą). A ja po prostu nie wierzę, aby oni byli w takiej znowu niedoli. Zresztą...
No właśnie
https://www.facebook.com/jacek.dehnel/p ... %2CO%2CP-RJacek Dehnel na FB pisze:
Akcja „10 procent”, którą zorganizowała Unia Literacka, zatacza coraz szersze kręgi i cieszy nas, że czytelnicy gremialnie oburzają się tym, jak fatalnie opłacani są pisarze od egzemplarza sprzedanej książki.
Oczywiście są też besserwisserzy od „zmień zawód” i „zausz firmę, najlepiej wydawnictwo”. Ale celem Unii nie jest stworzenie sytuacji, w której cały rynek rozproszy się na miriadę mikrowydawnictw autorskich – często cenimy naszych wydawców, mamy za sobą historię wieloletniej współpracy, cenimy też klasyczny, rzetelny proces wydawniczy – tylko wypracowanie uczciwszego podziału zysków.
*
Większość tych „pomysłów” jest kompletnie oderwana od rzeczywistości i zbudowana na braku najmniejszej choćby znajomości rynku.
Zainteresował mnie wszelako jeden z komentarzy, w którym autor – p. Victor Holen – napisał tak:
„To absolutnie bez sensu i prowadzi do przemiału książek. OK, Absolutnie, autorzy powinni dostawać o wiele większy procent od sprzedaży!! Ale nie od fikcyjnej ceny okładkowej. Bo wiele książek albo od razu albo po jakimś czasie spada do b. niskiej ceny, aby się tych książek pozbyć bez dużej straty. Sprzedawca który musiałby dopłacać autorowi więcej niż zarobi na sprzedaży wyśle książki na przemiał....”
Na moją uwagę, że to nie sprzedawca “dopłaca autorowi”, bo płaci mu bezpośrednio wydawca, odpisał:
„No tak, nie bezpośrednio, ale efektywnie. Bo wydawca zarabia na sprzedaży przecież. Sprzedawca może zwrócić niesprzedane kopie wydawcy (z ograniczeniami). Czy w Polsce nie? Więc oczywiście są komplikacje, ale zasada powinna być wysoki procent od sprzedanych kopii, a nie niski od wydrukowanych, które zalegają gdzieś. Bo te powodują straty, więc też efektywnie mniejsze zarobki innych autorów.”
*
I to jest interesująca sprawa, ponieważ pokazuje, jak absurdalna jest mechanika tego rynku, który stawia wóz przed koniem.
Otóż wydawca zarabia na wydawaniu, czyli na tym, że kupuje niematerialne dzieło od autora (poddaje też obróbce – skład, okładka, itd., ale tego się nie rozlicza od egz.) oraz materialne egzemplarze od drukarza, a następnie sprzedaje z zyskiem hurtownikom i detalistom albo bezpośrednio klientom. Czysta sprawa.
I tu się robi zabawnie: wydawca jak chce, zgodnie ze swoimi strategiami, z nikim się nie konsultując, zmienia cenę egzemplarza w hurcie. Czy wpływa to na cenę egzemplarza wypłacaną drukarzowi? Nie. Pisarzowi? Na ogół tak.
Prawdą jest, że w Polsce handel książkami jest głównie oparty na zasadzie komisowej (czemu wydawcy na to pozwalają? Nie wiem!) i sprzedawca może zwrócić niesprzedane egzemplarze wydawcy. Czy ten dalej potrąca to drukarzowi za każdy niesprzedany egzemplarz? Skądże! A pisarzowi? Naturalnie.
Jest to absurdalne: to PISARZ, nie DRUKARZ stoi na początku tego łańcucha, a tymczasem jest obciążany kosztami decyzji wydawcy, w których podejmowaniu w żaden sposób nie partycypuje. Tymczasem mógłby robić jak drukarz: proszę bardzo, zgadzamy się na druk 3 tysięcy egzemplarzy, mój udział w jednym egzemplarzu jest taki a taki (10% okładkowej najmniej) i, podobnie jak drukarza, już nic go więcej nie obchodzi. Jeśli się sprzeda, to wydawca podpisze z nim umowę na kolejne 2, 3, 5 czy 10 tysięcy, z drukarzem na ich druk – wypłaci jednym i drugim, i tyle. Dlaczego pisarz ma się tym bardziej przejmować, niż drukarz?
I tak ponosi znacznie większe ryzyko zawodowe. Drukarzowi nikt nie powie: „Nie kupię nowej książki wydrukowanej w Zakładach Poligraficznych Gryf, bo na ostatniej się zawiodłem.” A pisarzowi i owszem. Drukarza nie obchodzi, czy książka jest dobra, czy zła, dostaje zamówienie, drukuje, dostaje pieniądze, wszystko to się zamyka w paru tygodniach od przyjęcia zamówienia do wypłaty – a pisarz pisze rok, dwa, trzy. I odpowiada własną twarzą i nazwiskiem.

