Właśnie byłem w kinie

Książka, kino, teatr, muzyka, telewizja...
Regulamin forum
Info: tematy możliwe do przeglądania przez gości forum, dostępne indeksowanie dla bootów typu Google.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Hebius
Posty: 19942
Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
Lokalizacja: Kętrzyn

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 231033Post Hebius »

Jacek Dehnel na FB pisze:
Raptularzyk Nowohoryzontowy 2026 III.

26 VII


Indie Zachodnie
reż. Med. Hondo

W 1979 mauretański reżyser Med. Hondo, uzyskawszy finansowanie z Algierii i innych państw Afryki (oraz niewielką sumę z francuskiego funduszu filmowego) nakręcił w opuszczonej paryskiej fabryce Citroena pierwszy afrykański musical, „Indie Zachodnie”, opowiadający historię trzystu lat niewolnictwa, przemocy i migracji pomiędzy Afryką, francuskimi koloniami na Karaibach i samą Francją.

W hali wybudowano (dość umowną) replikę statku niewolniczego, na którym dzieje się wszystko: wiece polityczne XIX i XX wieku, sprzedaż i kupno niewolników, rebelie, rauty, wizyty władców i prezydentów, tańce, śpiewy i recytacje.

Film miał wielki budżet (1,35 mln dolarów, jeden z największych w historii kina afrykańskiego), był na pewno ogromnie nowatorski i bezkompromisowy – przed projekcją słyszeliśmy, że Hondo usłyszał od hollywoodzkiego studia ofertę 1,5 mln dolarów, „jeśli zmieni temat”. No cóż, nie zmienił i stał się pionierem.

Jak się to ogląda? Hm. Raczej jest to słuszne i ciekawe, niż dobre; niektóre kawałki (na przykład taniec z kajdanami) gdyby je wyjąć z kontekstu, wyglądałyby jak prosto z rasistowskiego teledysku „Africa” Raffaelli Carra, teksty też są czasem nieszczególne (w czym nie pomaga przekład, gdzie Holendrzy, Dutch, zostają Duńczykami czy wspomina się słynnego francuskiego bohatera „Charlesa Martela”). Warto to obejrzeć raczej jako zabytek filmowy, rekonstrukcję filmowego myślenia antykolonialnego sprzed blisko półwiecza.

Czy coś mnie zaskoczyło? Silny antyemigracyjny rys – emigrację z kolonii czarni uważali wówczas za wynaradawianie i film bardzo konsekwentnie pokazuje wyjeżdżanie do Francji jako kolejny etap niewolnictwa: kiedyś statki, dziś samoloty. Spodobałoby się to dzisiejszym europejskim białym rasistom.

Piękny i schludny pokój
reż. Maria Petschnig

Francuzka Marie, artystka wizualna, wynajmuje mieszkanie w starym, nieco sypiącym się budynku na brooklyńskim Park Slope – i, żeby sobie poradzić z kosztami, podnajmuje jedną z dwóch sypialni kolejnym współlokatorom z ogłoszenia.

Jako ktoś, kto osiem lat życia przemieszkał w dzielonych mieszkaniach studenckich, mam swoją porcję przeżyć i anegdot i wiem, że to cały osobny gatunek opowieści. Film Petschnig wpisuje się w to o tyle ładnie, że pokazuje obie strony; Marie też jest trudna i męcząca (z czego zdaje sobie, przynajmniej po części, sprawę), a sytuacja wspólnego mieszkania jest niełatwa dla obu stron.

W jakimś sensie nie jest to nic nowego: XIX-wieczne mieszkanie na kupie w jednej chałupie (u biednych) lub ze służbą (u bogatych) prowadziło do podobnych konfliktów o przestrzeń, przyzwyczajenia, styl życia. Jesteśmy różni, a sytuacja wspólnego mieszkania jest sytuacją intymną, w której te różności się ze sobą zderzają.

Jest to oczywiście również historia o zubożeniu i wyzysku w czasach późnego kapitalizmu, ale ten aspekt nie jest szczególne dociskany; ważniejsi są ludzie: Petschnig (która sama przez 20 lat w Nowym Jorku miała około 60 sublokatorów) ma współczucie i czułość dla wszystkich swoich, nawet dość niesympatycznych, bohaterów i to chyba należy do największych plusów „Pięknego i schludnego pokoju”. Ujmująca jest też odgrywająca główną rolę Charlotte Aubin, postać psychoanalityka, która z początku wydawała mi się zbędna, też ostatecznie ma sens. Jeśli miałbym do czegoś zastrzeżenie, to do przydługich przerywników, pokazujących plakatową barwność Nowego Jorku – to nie Piła, wszyscy wiedzą, jak wygląda; miałem tu wrażenie raczej egotripu „ach, mieszkałam w NY, znam miasto od podszewki”, co było zupełnie po nic. Ale ogólnie: bardzo dobry film festiwalowy, w sam raz jako przerywnik między poważniejszymi rzeczami.

Niezbyt wygórowane oczekiwania
reż. Eivind Landsvik

Młoda dziewczyna zostaje znaną wokalistką, ale za sprawą alkoholu i narkotyków osiąga dno ludzkiego doświadczenia w formie posikania się po pijaku na dywanie. Zatrudnia się zatem w szkole, gdzie pracuje matka i wchodzi w różne interakcje z różnymi ludźmi. Słodki Jezu z malinami, cóż to jest za nudna, męcząca piła! Uciekajta, nawet jeśli macie zupełnie niskie oczekiwania.

Pillion
reż. Harry Lighton

Podobnie jak w przypadku „Wpatrując się w słońce”, nadrabiam filmy, których nie obejrzałem w kinie. O „Pillionie” było – zwłaszcza w światku elgiebetowskim – bardzo głośno, więc oczekiwania miałem.

Zacznijmy od zastrzeżenia wobec nieprzetłumaczonego tytułu – pillion to drugie siedzonko na motorze; w polszczyźnie (jak się okazuje) ma odpowiednik, „pasażer”, co też by tu pasowało. Można było też wymyślić coś innego. Ale nie. Czasem miałbym ochotę stawiać dystrybutorów i/lub tłumaczy filmów pod pillory (pręgierzem) za takie decyzje.

Film jest bardzo swobodną adaptacją powieści Adama Mars-Jonesa, „Box Hill” (2020) – oryginał dzieje się w latach 70. i ma zupełnie inne zakończenie, wersja Lightona jest natomiast współczesna i mniej mroczna. W Bromley, na przedmieściach Londynu, żyje sobie z kochającymi drobnomieszczańskimi rodzicami Colin (Harry Melling): występuje z tatusiem w kwartecie wokalnym i nie może sobie znaleźć chłopaka, więc mamusia umawia go na randki. I nagle w tym wszystkim pojawia się znikąd wyższy od niego o głowę, wyrzeźbiony jak grecki bóg Ray (Alexander Skarsgard), biker na czarnym motorze, który bierze go sobie jak leżącą na talerzyku cytrynkę i wyciska jak chce.

SPOJLERY (ale film jest już długo na rynku, więc bez przesady).
Colin zostaje subem przy swoim domie i przekracza kolejne poziomy uległości: zostaje czymś między psem, trad żoną a służącym. I właśnie kiedy zaczęło mnie to nużyć, film obrał inną ścieżkę, która bardzo mi się podoba, ponieważ uważam ją za głęboko prawdziwą: ostatecznie to Colin uczy się, kim jest, rozpoznaje swoje (niestandardowe i niemieszczańskie) potrzeby, komunikuje je, doprowadza do ich realizacji, a Ray, za swoją fasadą teatralnej męskości, ostatecznie okazuje się słabym tchórzem, czarnoksiężnikiem z Krainy Oz – kiedy zajrzeć za zasłonkę ze skórzanych utensyliów i napompowanych mięśni, jest tam człowiek, który nie zna siebie, panicznie boi się swoich emocji i nie jest gotów na relację, w której nie byłby jedynym centrum decyzyjnym.

I w tym sensie ten film zupełnie nietradycyjny, dla niektórych pewnie trudny do oglądania, idący pod prąd oczekiwań widzów („porządni” geje ze związków monogamicznych i bez mała sakramentalnych, których życie seksualne ogranicza się do całowania w czółko), jest nie tylko głosem w normalizacji ludzkich kinków, ale też głosem przeciwko heteroseksualnej toksycznej męskości, która, krucha, pęka przy najmniejszej konfrontacji z rzeczywistością spoza desperacko budowanej ułudy.

Dziecko nocy
reż. Hanna Bergholm

Fińska reżyserka bierze na warsztat macierzyństwo jako horror. I to obejmujący wszystkich: matkę, ojca, rodzinę i samo dziecko. Nie jestem kobietą, nie mam i nie będę miał tego doświadczenia, nie będę też miał doświadczenia tacierzyńskiego (na szczęście), ale (a może właśnie: dlatego) wizja ta do mnie bardzo przemawia.

Finka Saga przyjeżdża ze swoim angielskim mężem do położonego w lesie opuszczonego, zarośniętego domu po babci, gdzie kiedyś spędzała letnie wakacje. Tu, głęboko w przyrodzie, chcą mieć swój dom i trójkę dzieci. Zaczynają od jednego, spłodzonego na bagnisku, wśród groźnie wyglądających drzew.

Ale zło z lasu jest tu tylko opakowaniem, metaforą destrukcyjnej siły macierzyństwa, która niszczy kobietę, jej ciało, relacje z mężczyzną, z rodziną, a równocześnie wymusza ciągłe wpasowywanie się w obowiązującą narrację, że nie ma większego szczęścia na świecie, niż bycie mamusią.

Mógłbym mieć pewne zastrzeżenia formalne co do końcowej sceny (za dużo tego, mniej znaczyłoby więcej), ale w całości bardzo popieram. Solidne „Nocne szaleństwo”.
https://www.facebook.com/jacek.dehnel/p ... %2CO%2CP-R
Obrazek
Awatar użytkownika
Dorian_Gray
Posty: 2818
Rejestracja: 18-07-2018 20:38:15
Lokalizacja: Mazowsze

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 231062Post Dorian_Gray »

Ktoś z Was był na Odysei?
Awatar użytkownika
Achim
Posty: 1618
Rejestracja: 13-07-2019 19:29:55
Lokalizacja: Wrocław

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 231077Post Achim »

Festiwal, 27.lipca 2026
„ Natura miłości „
Javier Bardem jako „ święty potwór” , hiszpański reżyser, laureat Oskara, który do najnowszego, kręconego na Fuerte/ która udaje Saharę/ filmu angażuje córkę Emilię/ Victoria Luengo/. Dziewczyna ma za sobą role serialowe, na co dzień pracuje w knajpie. Propozycja ojca, do tej pory nie za bardzo obecnego w jej życiu, to zawodowa nobilitacja, lecz Emilia wciąż pamięta, jak Esteban skrzywdził jej matkę i ją sama jako dziecko. Narkotyki, wybuchy wściekłości, a i pewnie coś z „Me Too” by się na Estebana znalazło. Teraz jako gwiazda kina u boku młodszej żony i małych dzieci też potrafi dać nieźle ekipie/ w tym córce/ w kość. Czy twórczość usprawiedliwia takie zachowanie i manipulacje ? Czy biały, heteroseksualny facet, traktowany jako bóg na planie może pozwalać sobie na wszystko ? To nie przypadek, ze plan opuści kobieta- operatorka i jej team. Powstawanie dzieła i sugestia, ze jednak sztuka to coś sztucznego, to jedna warstwa filmu. Ta druga to wzajemne, bolesne relacje ojca i córki, nierozerwalne jednak ze stosunkiem reżyser mistrz- młoda aktorka. Poruszająca psychodrama, fantastyczne kreacje aktorskie i mocny obraz powstawania dzieła i kompromisów i upokorzeń , które trzeba ponieść.
„ Linie przerywane”
Młoda reżyserka Anxos Fazáns w swoim skromnym, kameralnym i bezpretensjonalnym filmie pokazuje konfrontację i spotkanie dwojga ludzi : dojrzałej producentki Bei i młodego muzyka Denisa. Ona musi uporządkować swoje życie, on marzy o nowym życiu w Berlinie. Obojgu brakuje odwagi na nowy początek, w życiu obojga dokonują się zmiany, lecz ich spotkanie zmieni wszystko. To film o dawaniu sobie siły, energii, o zaczynaniu wszystkiego od nowa, a plusem jest świetna ścieżka muzyczna w wykonaniu zespołów z Galicji.
„ Żółte listy”
Reżim totalitarny i polityka wobec nieprawomyślnych intelektualistów „ made in Turcja”. Tryumfator Berlinale to ostre polityczne kino, ale też intymny i czuły portret relacji rodzinnych i konfrontacja postaw w obliczu kryzysu. Z wiadomych względów film kręcony był w Niemczech : Berlin udaje Ankarę, a Hamburg Stambuł, co też ma swoje drugie dno. „ Żółte listy” to w Turcji wykazy szykanowanych pracowników, a inwigilacja sięga bardzo daleko i obejmuje media społecznościowe. Ten film to przypomnienie, jak wygląda współczesny, autorytarny reżim i jak zwalcza tych, których uzna nie nieprawomyślnych. To także psychologiczna wiwisekcja pary : aktorki Deryi (wyśmienity występ Özgü Namal), i dramaturga i wykładowcy akademickiego , Aziza (Tansu Biçer) którym usuwa się grunt spod nóg. Konflikt ich postaw i wzajemna dynamika to mocny punkt tego świetnego filmu.
Es gibt ein Leben und ich lebe es . Romy Schneider.
Awatar użytkownika
Hebius
Posty: 19942
Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
Lokalizacja: Kętrzyn

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 231102Post Hebius »

Jacek Dehnel na FB pisze:
Raptularzyk Nowohoryzontowy IV.
27 VII


Clarissa
Arie i Chuko Esiri

W sto lat po wydaniu „Pani Dalloway” dwaj nigeryjscy bracia nakręcili „Clarissę”, adaptację powieści Virginii Woolf, przeniesioną do współczesnego Lagos. Jako tłumacz i człowiek zainteresowany teorią tłumaczenia, traktuję takie adaptacje właśnie jako twórczy przekład – taki, który sobie pozwala na odstępstwa od litery tekstu (zwłaszcza, jeśli istnieje już kanoniczne „wierne” tłumaczenie, czym byłaby tu „Pani Dalloway” z Vanessą Redgrave).
„Clarissa” dość wiernie odtwarza przebieg powieści – z jednej strony historię Clarissy Dalloway, która planuje wieczorne przyjęcie, równocześnie wspominając swoją młodość i wakacje w letnim domu na wsi, z drugiej – Septimiusa, żołnierza z PTSD, który ostatecznie popełnia samobójstwo. Jedyna może różnica, że życie Clarissy i Septimiusa nie jest aż tak połączone, jak w powieści: brakuje sceny, w której zastanawia się, czy nie skoczyć z okna, jak ten zupełnie obcy, ale dziwnie bliski jej człowiek (w filmie Septimius popełnia samobójstwo w inny sposób, ale też by się dało to zrobić).

Do tego bardzo ciekawe aspekty polityczne: kto jest chrześcijaninem, kto muzułmaninem, co to za klasa społeczna, kim były te rodziny za junty wojskowej przed laty, kim są dziś – choć pewnie rozumiałbym to lepiej i więcej wyniósł, gdybym znał dogłębniej realia nigeryjskiej polityki. Ale muszę powiedzieć, że oglądało mi się „Clarissę” bardzo dobrze; idealnie wprost odmierzone proporcje migawek z biednego i bogatego Lagos, artystycznych kadrów, dobrych dialogów; stroje i wnętrza tak odległe od naszej codzienności, że ma to dla nas posmak kina kostiumowego.

Szczególnie ciekawe wydaje mi się zestawienie aktorów grających te postaci w młodości trzydzieści lat później; rzadko spotyka się tak przekonujące odpowiedniki, nie tylko jeśli chodzi o same twarze, ale też sposób zachowania, drobne manieryzmy. Jest to na swój sposób imponujące (nawet jeśli intuicyjnie wiemy, że mogliby być mniej podobni, a kupilibyśmy tę kontynuację, bo tak działa umowność filmu). Nie ma tu złych ról, od postaci głównych po zupełnie poboczne. A ból rozczarowania życiem i źle wybranym mężem wydaje się jeszcze bardziej dojmujący, niż PTSD (co, jak się zdaje, było tezą Woolf).

Gąska
reż. Karla Badillo

Film, który jakoś – nawet nie wydarzeniami, ale ogólną aurą i rozważaniami o przeznaczeniu – przypomniał mi znakomitą powieść „Most San Luis Rey” Thorntona Wildera.
Górskie bezdroża Meksyku, odludna okolica: kilka różnych postaci wyrusza z różnych miejsc, bo dotrzeć do miasteczka San Vicente, choć nie bardzo wiedzą, jak je znaleźć: nowicjuszka Rafaela z podupadłego klasztoru, która śni sny prorocze i ma spotkać się z nowym arcybiskupem; wiejscy pielgrzymi w procesji z figurą świętego; zamożna dama w limuzynie, prowadzonej przez kierowcę; rosły spadochroniarz. Ich losy będą się wielokrotnie przecinały na najróżniejsze sposoby.

I znów zarzut do tytułu: dla polskiego widza „gąska” to nowicjuszka Rafaela, tymczasem chodzi o „grę w gęś”, sięgającą renesansu grę planszową, inspirowaną ponoć trasami pielgrzymek do Composteli. Na pewno dało się to zrobić lepiej, ale cóż.

Film Badillo jest dziwny, pięknie fotografowany (wspaniałe, surowe pejzaże, niezwykła uroda bohaterek), nastrojowy, zaskakujący i wizualnie, i fabularnie. Wchodzi się w to z niekłamaną przyjemnością. Takie nowohoryzontowe dziwactwa lubię.

Reduta
reż. John Skoog

Film Skooga przypomina autentyczną postać Karla-Görana Perssona (1894-1975), obsesjonata w typie Bernhardowskim, farmera, który w zimnowojennej Szwecji postanowił zmienić swoje gospodarstwo w skrzyżowanie fortu ze schronem, gdzie w wypadku wojny czy innych katastrof będzie mógł nie tylko samemu znaleźć ratunek, ale też zaoferować schronienie wszystkim rodzinom z całej wsi (każda z nich miała dysponować wmurowaną w ścianę bańką po mleku, gdzie można było złożyć kosztowności). Wszystko robił wyłącznie własnoręcznie: zbierał złom, skupował cement, nawet szyny zwoził na budowę rowerem. I jest to na swój sposób imponujące.

Przez długą część seansu miałem wrażenie, że spokojnie dałoby się to zamknąć w dwudziestominutowej, może trzydziestominutowej etiudzie. Ale z czasem zrozumiałem, że właśnie ta mozolność, rozciągnięcie w czasie, koresponduje z opowiadaną historią, z dramatem Perssona – to musi ciągnąć się bez końca i nagle urwać, jak każdy szalony projekt tego rodzaju. Na zmianę zdania wpłynęły zwłaszcza dwie rzeczy. Po pierwsze Denis Lavant, który znakomicie portretuje Perssona – jest on szalony i dziecięcy, naiwny i przebiegły, zaciekły i ofiarny zarazem. Po drugie fenomenalne wprost czarno-białe zdjęcia, lodowate pejzaże, trochę w typie naszego „Nikifora”, trochę „Ostatni pociąg” Germana – to zasługa polskiej operatorki, Ity Zbroniec-Zajt. Medytacyjne i wizualnie piękne.

Sześć miesięcy w różowym i niebieskim budynku
reż. Bruno Santamaría Razo

Bardzo podobny punkt wyjścia jak w „Olmo” na American Film Festival: reżyser kręci film o swoim dzieciństwie, gdzie jest umierający ojciec, wrażliwy syn, rodzina w kryzysie, przepracowana matka. Ale tym razem mamy do czynienia z filme m wrażliwym, dobrym, ciekawym i niepozbawionym zwrotów akcji.

Meksyk, początek lat 90.; mały Bruno mieszka z rodzicami, niewinnie podkochuje się w koledze z klasy, podgląda z nim kręcenie „Romea i Julii” z DiCaprio w pobliskim sanktuarium, aż tu nagle jego seksualnie ambiwalentny ojciec dostaje ze szpitala badania krwi: jest chory na AIDS, zostało mu sześć miesięcy życia.

Po latach Bruno wraca do bolesnych wydarzeń ze swojego dzieciństwa (film zaczyna się i kończy rozmową z członkami rodziny, przy czym trzeba znów przyznać, że – jak w „Clarissie” – podobieństwo aktorów do bohaterów jest niezwykłe) i zastanawia się, jak te doświadczenia ukształtowały go na lata. Solidne i wzruszające autobiograficzne kino queerowe.

Niech żyją nam
reż. Léa Mysius

Autorka „Pięciu diabłów” wraca z kolejnym filmem: na francuskiej prowincji w odosobnionym gospodarstwie mieszka przyjezdna Włoszka, malarka (Monica Belucci), a obok syn dawnych właścicieli z żoną Norą i córeczką. Wszyscy szykują się do urodzin Nory, na których pojawiają się też nieoczekiwani goście: trzej bracia gangsterzy (którym szefuje najstarszy, Benoit Magimel), którzy mają porachunki z jedną z tych osób. Cały film to balansowanie między zagrożeniem/przemocą a udawaną cywilizowaną konwersacją przy urodzinowym stole.
Bardzo ładnie sfotografowany, porządnie zagrany i nieźle napisany dynamiczny thriller z francuskim espirt; może nieco przewidywalny pod koniec, ale spełniający dobrze warunki gatunku.
https://www.facebook.com/jacek.dehnel/p ... %2CO%2CP-R
Obrazek
Awatar użytkownika
Achim
Posty: 1618
Rejestracja: 13-07-2019 19:29:55
Lokalizacja: Wrocław

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 231139Post Achim »

Festiwal 28. lipca 2026

„ Bez ojca“
Bohaterką tegorocznej retrospektywy Festiwalu jest austriacka reżyserka Marie Kreutzer, znana chyba najbardziej w Polsce z filmu „ W gorsecie” o Sissi. Ja dziś, na seansie z udziałem reżyserki, zobaczyłem Jej debiut z roku 2011. Jedna z bohaterek filmu mówi, że rodzina jest przereklamowana i o tym jest ten film, jak bardzo kształtuje nas dzieciństwo, jakie traumy zostawia i jak trudno jest sobie potem z nimi poradzić. Tym razem rodzina jest nietypowa i alternatywna : to hipisowska z założenia komuna, skupiona wokół charyzmatycznego Hansa. Po jego śmierci w zapuszczonym domu spotykają się dzieci jego, jego partnerek i wychowane w tej komunie i dokonują bolesnego rozliczenia z przeszłością .
„ Byliśmy cool”
Drugie tego dnia spotkanie z Marie Kreutzer i Jej filmami . Tym razem błyskotliwa obserwacja trzech wiedeńskich par, które niemal jednocześnie decydują się na dziecko. Mamy tu wielkomiejski klimat lekko artystyczny/ jedna z bohaterek jest reżyserką o kręci film/. Mamy obserwacje dotyczące związków, poprawności politycznej, seksu. Film traktuje bohaterów z sympatią i przymrużeniem oka z ich dziwactwami i słabościami, fantastyczna ścieżka dźwiękowa i duże ilość scen wręcz komediowych. Odkryciem filmu jest debiutujaca wówczas u Marie Kreutzer Vicky Krieps, dziś już gwiazda światowego formatu
„ Źródło życia „
Film przypomina mało chwalebny epizod z historii Czechosłowacji : przymusową sterylizację Romek. Historia opowiadana jest z perspektywy ginekolożki z prowincjonalnego szpitala Ingrid/ Anna Geislerova/ , która dzięki przyjaźni z młodą pielęgniarką o romskich korzeniach spojrzy na to z innej perspektywy. Film pokazuje kobiecą przyjaźń, ale też przypomina życie u schyłku komuny/ proceder trwał dłużej/ . „ Źródło życia” łączy ważną społeczną politykę z poetyckimi, lirycznymi obrazami. Film niesie nadzieję w perspektywie jednostkowej, bo sytuacja bytowa i życiowa Romów przedstawiona w filmie jest tragiczna.
Es gibt ein Leben und ich lebe es . Romy Schneider.
Awatar użytkownika
Achim
Posty: 1618
Rejestracja: 13-07-2019 19:29:55
Lokalizacja: Wrocław

Re: Właśnie byłem w kinie

Post: # 231172Post Achim »

Festiwal 29. lipca, tylko jeden film, ale za to jaki !
„ Niespodziewane”
Moje objawienie tegorocznego festiwalu ; film o ogromnym ładunku intelektualnym, ale przy tym o niezwykłej czułości i delikatności w portretowaniu bohaterów. Film o spotkaniu kultur, bohaterek, podejścia do choroby i odchodzenia. A wszystko to rozpoczyna się w sposób absolutnie niespodziewany w paryskim parku, kiedy kierowniczka prywatnego ośrodka opieki Marie Lou/ Virginie Efira/ uspokaja japońskiego chłopca w spektrum autyzmu. Opiekunką chłopca jest reżyserka teatralna Mari/ Tao Okamoto/ i tak zaczyna się między nimi przyjaźń, platoniczne uczucie, niezwykle głęboki związek, ale też wymiana intelektualna . Panie dyskutują o społeczeństwie kapitalistycznym i braku dzietności w nim, ale też poza wykładami przekuwają swoje porozumienie w sztukę . Spektakl Mari czy jej warsztaty dla pensjonariuszy to majstersztyki arteterapii , natomiast koncepcja, z którą pracuje Marie Lou czyli „humanitude” jest oparta na dotyku, głosie, kontakcie wzrokowym i wertykalności. Oczywiście, że może to wydawać się i wyglądać lekko utopijnie, ale to szlachetna utopia, a reżyser Ryusuke Hamaguchi obserwuje ten świat z zachwytem i tkliwością .
Es gibt ein Leben und ich lebe es . Romy Schneider.
ODPOWIEDZ