Widzę, że tak się po piętnastej (15:45?) spieszyłem z wyjściem na koncert - tym razem w amfiteatrze, więc potrzebuję prawie 10 minut na spokojne doczłapanie na miejsce - że z tego pośpiechu zapomniałem kliknąć Wyślij i napisany wcześniej post poszedł w pizdu. A taki fajny był!
Niestety już tego tekstu nie odtworzę, bo pamiętam głownie jego fajność i własne zadowolenie, że znów taka perła... No nie ważne.
Koncert był i się skończył.
Zaliczyłem część pierwszą i trzecią. Z części drugiej jedynie dwie piosenki zespołu i pożegnalne wystąpienie wikarego, który się zegnał z parafianami i sentymentalnie Kętrzynem, bo za dwa tygodnie zmienia parafię. A! I było jeszcze lokowanie produktów, czyli blok podziękowań dla sponsorów.
Arka Noego wiadomo - pewnie wszyscy kochają Arkę Noego, albo chociaż kochali w dzieciństwie - mnie to ominęło bo jestem za stary, ale "Taki duży, taki mały" nawet ja kojarzę. Posłuchałem tej części bez bólu, może nawet z przyjemnością, bo nie jestem dzieciofobem, patrzę nawet z pewną dozą sympatii na poczynania najmłodszych.
Oczywiście na początku koncertu było krótkie słowo samego biskupa, więc moja poranna kąpiel, golenie i mycie nie poszły na marne. Bo tak sobie pomyślałem, że biskup to będzie na pewno, więc trzeba się szykować prawie jak do wyjścia na mszę. No i się odszykowałem. Prawie.
Po dwóch piosenkach Arki Noego nastąpił nieoczekiwanie - przynajmniej dla mnie, sporo pań, zauważyłem, miało składane parasolki, które powyciągały z torebek - krótki a intensywny przelotny opad. W amfiteatrze nie ma za bardzo gdzie się skryć, więc zanim wiatr przegnał deszczową chmurę, zmoczyło mnie dość dokładnie. Szczęściem później słońce świeciło dość intensywnie, a deszcz był ciepły (temperatura na dworze w okolicach 21°C) i do końca występu Arki Noego prawie wyschłem. Przy ostatniej piosence powoli zacząłem się zbierać do wyjścia, jeszcze posłuchałem, jak Robert Friedrich przedstawia młodych artystów, ale już nie czekałem na ewentualne bisy, bo głodny byłem, a chciałem zdążyć jeszcze na część co mi się oczywiście nie bardzo udało.
O 17:20 byłem w chacie. Zanim podgrzałem zupę i parówki w zupie (dla szybkości), i zjadłem, i trochę podsuszyłem majtki na tyłku i spodnie (od farby z desek siedzisk amfiteatru brązowa plama na dupie się zrobiła - odcisk deski - na szczęście spodnie też brązowe, więc to się da zauważyć tylko jak się człowiek dobrze przyjrzy. A kto by się mojemu tyłkowi przyglądał? Zboczeńcy jacyś chyba tylko nienormalni. W każdym razie do amfiteatru wróciłem dopiero o 18:10 i już się załapałem jedynie na dwie piosenki... wróć, na dwa utwory grupy N.O.C (z Piszu towarzystwo) i na wspominane już wystąpienie wikarego.
Część trzecia (18:30-19:55) to występ Luxtorpedy - ciężkie brzmienie rockowe, które ma chyba całkiem sporo fanów wśród miejscowej ludności, bo ludzi było sporo. Też młodych, nastolatków. I dwudziestolatków (trzydziestolatków) z dziećmi, który się gibali na placu przed sceną razem ze swoimi pociechami. W sumie dość sympatyczny widok. Szczęściem pomyślałem o zabraniu jeansowej kurtki. Przydała się, bo momentami od jeziorka ciągnęły podmuchy chłodnego powietrza. Ba! I energiczne podrygiwanie nogami się przydało do hard rockowych rytmów, bo zimno się robiło, gdy człowiek siedział tak całkiem nieruchomo. Miałem nawet w którym momencie pokusę by poddać się i wracać do domu, ale nie uległem słabości i wytrwałem do samego końca ("Nie będziesz przecież słabszy od biskupa! - motywowałem się), zastanawiając się momentami, czy gdyby to był koncert disco polo też bym wytrwał. Kiedyś chyba trzeba się będzie przemóc i sprawdzić.