https://www.facebook.com/jacek.dehnel/p ... %2CO%2CP-RJacek Dehnel na FB pisze:
Raptularzyk Nowohoryzontowy 2026 III.
26 VII
Indie Zachodnie
reż. Med. Hondo
W 1979 mauretański reżyser Med. Hondo, uzyskawszy finansowanie z Algierii i innych państw Afryki (oraz niewielką sumę z francuskiego funduszu filmowego) nakręcił w opuszczonej paryskiej fabryce Citroena pierwszy afrykański musical, „Indie Zachodnie”, opowiadający historię trzystu lat niewolnictwa, przemocy i migracji pomiędzy Afryką, francuskimi koloniami na Karaibach i samą Francją.
W hali wybudowano (dość umowną) replikę statku niewolniczego, na którym dzieje się wszystko: wiece polityczne XIX i XX wieku, sprzedaż i kupno niewolników, rebelie, rauty, wizyty władców i prezydentów, tańce, śpiewy i recytacje.
Film miał wielki budżet (1,35 mln dolarów, jeden z największych w historii kina afrykańskiego), był na pewno ogromnie nowatorski i bezkompromisowy – przed projekcją słyszeliśmy, że Hondo usłyszał od hollywoodzkiego studia ofertę 1,5 mln dolarów, „jeśli zmieni temat”. No cóż, nie zmienił i stał się pionierem.
Jak się to ogląda? Hm. Raczej jest to słuszne i ciekawe, niż dobre; niektóre kawałki (na przykład taniec z kajdanami) gdyby je wyjąć z kontekstu, wyglądałyby jak prosto z rasistowskiego teledysku „Africa” Raffaelli Carra, teksty też są czasem nieszczególne (w czym nie pomaga przekład, gdzie Holendrzy, Dutch, zostają Duńczykami czy wspomina się słynnego francuskiego bohatera „Charlesa Martela”). Warto to obejrzeć raczej jako zabytek filmowy, rekonstrukcję filmowego myślenia antykolonialnego sprzed blisko półwiecza.
Czy coś mnie zaskoczyło? Silny antyemigracyjny rys – emigrację z kolonii czarni uważali wówczas za wynaradawianie i film bardzo konsekwentnie pokazuje wyjeżdżanie do Francji jako kolejny etap niewolnictwa: kiedyś statki, dziś samoloty. Spodobałoby się to dzisiejszym europejskim białym rasistom.
Piękny i schludny pokój
reż. Maria Petschnig
Francuzka Marie, artystka wizualna, wynajmuje mieszkanie w starym, nieco sypiącym się budynku na brooklyńskim Park Slope – i, żeby sobie poradzić z kosztami, podnajmuje jedną z dwóch sypialni kolejnym współlokatorom z ogłoszenia.
Jako ktoś, kto osiem lat życia przemieszkał w dzielonych mieszkaniach studenckich, mam swoją porcję przeżyć i anegdot i wiem, że to cały osobny gatunek opowieści. Film Petschnig wpisuje się w to o tyle ładnie, że pokazuje obie strony; Marie też jest trudna i męcząca (z czego zdaje sobie, przynajmniej po części, sprawę), a sytuacja wspólnego mieszkania jest niełatwa dla obu stron.
W jakimś sensie nie jest to nic nowego: XIX-wieczne mieszkanie na kupie w jednej chałupie (u biednych) lub ze służbą (u bogatych) prowadziło do podobnych konfliktów o przestrzeń, przyzwyczajenia, styl życia. Jesteśmy różni, a sytuacja wspólnego mieszkania jest sytuacją intymną, w której te różności się ze sobą zderzają.
Jest to oczywiście również historia o zubożeniu i wyzysku w czasach późnego kapitalizmu, ale ten aspekt nie jest szczególne dociskany; ważniejsi są ludzie: Petschnig (która sama przez 20 lat w Nowym Jorku miała około 60 sublokatorów) ma współczucie i czułość dla wszystkich swoich, nawet dość niesympatycznych, bohaterów i to chyba należy do największych plusów „Pięknego i schludnego pokoju”. Ujmująca jest też odgrywająca główną rolę Charlotte Aubin, postać psychoanalityka, która z początku wydawała mi się zbędna, też ostatecznie ma sens. Jeśli miałbym do czegoś zastrzeżenie, to do przydługich przerywników, pokazujących plakatową barwność Nowego Jorku – to nie Piła, wszyscy wiedzą, jak wygląda; miałem tu wrażenie raczej egotripu „ach, mieszkałam w NY, znam miasto od podszewki”, co było zupełnie po nic. Ale ogólnie: bardzo dobry film festiwalowy, w sam raz jako przerywnik między poważniejszymi rzeczami.
Niezbyt wygórowane oczekiwania
reż. Eivind Landsvik
Młoda dziewczyna zostaje znaną wokalistką, ale za sprawą alkoholu i narkotyków osiąga dno ludzkiego doświadczenia w formie posikania się po pijaku na dywanie. Zatrudnia się zatem w szkole, gdzie pracuje matka i wchodzi w różne interakcje z różnymi ludźmi. Słodki Jezu z malinami, cóż to jest za nudna, męcząca piła! Uciekajta, nawet jeśli macie zupełnie niskie oczekiwania.
Pillion
reż. Harry Lighton
Podobnie jak w przypadku „Wpatrując się w słońce”, nadrabiam filmy, których nie obejrzałem w kinie. O „Pillionie” było – zwłaszcza w światku elgiebetowskim – bardzo głośno, więc oczekiwania miałem.
Zacznijmy od zastrzeżenia wobec nieprzetłumaczonego tytułu – pillion to drugie siedzonko na motorze; w polszczyźnie (jak się okazuje) ma odpowiednik, „pasażer”, co też by tu pasowało. Można było też wymyślić coś innego. Ale nie. Czasem miałbym ochotę stawiać dystrybutorów i/lub tłumaczy filmów pod pillory (pręgierzem) za takie decyzje.
Film jest bardzo swobodną adaptacją powieści Adama Mars-Jonesa, „Box Hill” (2020) – oryginał dzieje się w latach 70. i ma zupełnie inne zakończenie, wersja Lightona jest natomiast współczesna i mniej mroczna. W Bromley, na przedmieściach Londynu, żyje sobie z kochającymi drobnomieszczańskimi rodzicami Colin (Harry Melling): występuje z tatusiem w kwartecie wokalnym i nie może sobie znaleźć chłopaka, więc mamusia umawia go na randki. I nagle w tym wszystkim pojawia się znikąd wyższy od niego o głowę, wyrzeźbiony jak grecki bóg Ray (Alexander Skarsgard), biker na czarnym motorze, który bierze go sobie jak leżącą na talerzyku cytrynkę i wyciska jak chce.
SPOJLERY (ale film jest już długo na rynku, więc bez przesady).
Colin zostaje subem przy swoim domie i przekracza kolejne poziomy uległości: zostaje czymś między psem, trad żoną a służącym. I właśnie kiedy zaczęło mnie to nużyć, film obrał inną ścieżkę, która bardzo mi się podoba, ponieważ uważam ją za głęboko prawdziwą: ostatecznie to Colin uczy się, kim jest, rozpoznaje swoje (niestandardowe i niemieszczańskie) potrzeby, komunikuje je, doprowadza do ich realizacji, a Ray, za swoją fasadą teatralnej męskości, ostatecznie okazuje się słabym tchórzem, czarnoksiężnikiem z Krainy Oz – kiedy zajrzeć za zasłonkę ze skórzanych utensyliów i napompowanych mięśni, jest tam człowiek, który nie zna siebie, panicznie boi się swoich emocji i nie jest gotów na relację, w której nie byłby jedynym centrum decyzyjnym.
I w tym sensie ten film zupełnie nietradycyjny, dla niektórych pewnie trudny do oglądania, idący pod prąd oczekiwań widzów („porządni” geje ze związków monogamicznych i bez mała sakramentalnych, których życie seksualne ogranicza się do całowania w czółko), jest nie tylko głosem w normalizacji ludzkich kinków, ale też głosem przeciwko heteroseksualnej toksycznej męskości, która, krucha, pęka przy najmniejszej konfrontacji z rzeczywistością spoza desperacko budowanej ułudy.
Dziecko nocy
reż. Hanna Bergholm
Fińska reżyserka bierze na warsztat macierzyństwo jako horror. I to obejmujący wszystkich: matkę, ojca, rodzinę i samo dziecko. Nie jestem kobietą, nie mam i nie będę miał tego doświadczenia, nie będę też miał doświadczenia tacierzyńskiego (na szczęście), ale (a może właśnie: dlatego) wizja ta do mnie bardzo przemawia.
Finka Saga przyjeżdża ze swoim angielskim mężem do położonego w lesie opuszczonego, zarośniętego domu po babci, gdzie kiedyś spędzała letnie wakacje. Tu, głęboko w przyrodzie, chcą mieć swój dom i trójkę dzieci. Zaczynają od jednego, spłodzonego na bagnisku, wśród groźnie wyglądających drzew.
Ale zło z lasu jest tu tylko opakowaniem, metaforą destrukcyjnej siły macierzyństwa, która niszczy kobietę, jej ciało, relacje z mężczyzną, z rodziną, a równocześnie wymusza ciągłe wpasowywanie się w obowiązującą narrację, że nie ma większego szczęścia na świecie, niż bycie mamusią.
Mógłbym mieć pewne zastrzeżenia formalne co do końcowej sceny (za dużo tego, mniej znaczyłoby więcej), ale w całości bardzo popieram. Solidne „Nocne szaleństwo”.
Właśnie byłem w kinie
Regulamin forum
Info: tematy możliwe do przeglądania przez gości forum, dostępne indeksowanie dla bootów typu Google.
Info: tematy możliwe do przeglądania przez gości forum, dostępne indeksowanie dla bootów typu Google.
- Hebius
- Posty: 19926
- Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
- Lokalizacja: Kętrzyn
Re: Właśnie byłem w kinie

- Dorian_Gray
- Posty: 2813
- Rejestracja: 18-07-2018 20:38:15
- Lokalizacja: Mazowsze
Re: Właśnie byłem w kinie
Ktoś z Was był na Odysei?
- Achim
- Posty: 1616
- Rejestracja: 13-07-2019 19:29:55
- Lokalizacja: Wrocław
Re: Właśnie byłem w kinie
Festiwal, 27.lipca 2026
„ Natura miłości „
Javier Bardem jako „ święty potwór” , hiszpański reżyser, laureat Oskara, który do najnowszego, kręconego na Fuerte/ która udaje Saharę/ filmu angażuje córkę Emilię/ Victoria Luengo/. Dziewczyna ma za sobą role serialowe, na co dzień pracuje w knajpie. Propozycja ojca, do tej pory nie za bardzo obecnego w jej życiu, to zawodowa nobilitacja, lecz Emilia wciąż pamięta, jak Esteban skrzywdził jej matkę i ją sama jako dziecko. Narkotyki, wybuchy wściekłości, a i pewnie coś z „Me Too” by się na Estebana znalazło. Teraz jako gwiazda kina u boku młodszej żony i małych dzieci też potrafi dać nieźle ekipie/ w tym córce/ w kość. Czy twórczość usprawiedliwia takie zachowanie i manipulacje ? Czy biały, heteroseksualny facet, traktowany jako bóg na planie może pozwalać sobie na wszystko ? To nie przypadek, ze plan opuści kobieta- operatorka i jej team. Powstawanie dzieła i sugestia, ze jednak sztuka to coś sztucznego, to jedna warstwa filmu. Ta druga to wzajemne, bolesne relacje ojca i córki, nierozerwalne jednak ze stosunkiem reżyser mistrz- młoda aktorka. Poruszająca psychodrama, fantastyczne kreacje aktorskie i mocny obraz powstawania dzieła i kompromisów i upokorzeń , które trzeba ponieść.
„ Linie przerywane”
Młoda reżyserka Anxos Fazáns w swoim skromnym, kameralnym i bezpretensjonalnym filmie pokazuje konfrontację i spotkanie dwojga ludzi : dojrzałej producentki Bei i młodego muzyka Denisa. Ona musi uporządkować swoje życie, on marzy o nowym życiu w Berlinie. Obojgu brakuje odwagi na nowy początek, w życiu obojga dokonują się zmiany, lecz ich spotkanie zmieni wszystko. To film o dawaniu sobie siły, energii, o zaczynaniu wszystkiego od nowa, a plusem jest świetna ścieżka muzyczna w wykonaniu zespołów z Galicji.
„ Żółte listy”
Reżim totalitarny i polityka wobec nieprawomyślnych intelektualistów „ made in Turcja”. Tryumfator Berlinale to ostre polityczne kino, ale też intymny i czuły portret relacji rodzinnych i konfrontacja postaw w obliczu kryzysu. Z wiadomych względów film kręcony był w Niemczech : Berlin udaje Ankarę, a Hamburg Stambuł, co też ma swoje drugie dno. „ Żółte listy” to w Turcji wykazy szykanowanych pracowników, a inwigilacja sięga bardzo daleko i obejmuje media społecznościowe. Ten film to przypomnienie, jak wygląda współczesny, autorytarny reżim i jak zwalcza tych, których uzna nie nieprawomyślnych. To także psychologiczna wiwisekcja pary : aktorki Deryi (wyśmienity występ Özgü Namal), i dramaturga i wykładowcy akademickiego , Aziza (Tansu Biçer) którym usuwa się grunt spod nóg. Konflikt ich postaw i wzajemna dynamika to mocny punkt tego świetnego filmu.
„ Natura miłości „
Javier Bardem jako „ święty potwór” , hiszpański reżyser, laureat Oskara, który do najnowszego, kręconego na Fuerte/ która udaje Saharę/ filmu angażuje córkę Emilię/ Victoria Luengo/. Dziewczyna ma za sobą role serialowe, na co dzień pracuje w knajpie. Propozycja ojca, do tej pory nie za bardzo obecnego w jej życiu, to zawodowa nobilitacja, lecz Emilia wciąż pamięta, jak Esteban skrzywdził jej matkę i ją sama jako dziecko. Narkotyki, wybuchy wściekłości, a i pewnie coś z „Me Too” by się na Estebana znalazło. Teraz jako gwiazda kina u boku młodszej żony i małych dzieci też potrafi dać nieźle ekipie/ w tym córce/ w kość. Czy twórczość usprawiedliwia takie zachowanie i manipulacje ? Czy biały, heteroseksualny facet, traktowany jako bóg na planie może pozwalać sobie na wszystko ? To nie przypadek, ze plan opuści kobieta- operatorka i jej team. Powstawanie dzieła i sugestia, ze jednak sztuka to coś sztucznego, to jedna warstwa filmu. Ta druga to wzajemne, bolesne relacje ojca i córki, nierozerwalne jednak ze stosunkiem reżyser mistrz- młoda aktorka. Poruszająca psychodrama, fantastyczne kreacje aktorskie i mocny obraz powstawania dzieła i kompromisów i upokorzeń , które trzeba ponieść.
„ Linie przerywane”
Młoda reżyserka Anxos Fazáns w swoim skromnym, kameralnym i bezpretensjonalnym filmie pokazuje konfrontację i spotkanie dwojga ludzi : dojrzałej producentki Bei i młodego muzyka Denisa. Ona musi uporządkować swoje życie, on marzy o nowym życiu w Berlinie. Obojgu brakuje odwagi na nowy początek, w życiu obojga dokonują się zmiany, lecz ich spotkanie zmieni wszystko. To film o dawaniu sobie siły, energii, o zaczynaniu wszystkiego od nowa, a plusem jest świetna ścieżka muzyczna w wykonaniu zespołów z Galicji.
„ Żółte listy”
Reżim totalitarny i polityka wobec nieprawomyślnych intelektualistów „ made in Turcja”. Tryumfator Berlinale to ostre polityczne kino, ale też intymny i czuły portret relacji rodzinnych i konfrontacja postaw w obliczu kryzysu. Z wiadomych względów film kręcony był w Niemczech : Berlin udaje Ankarę, a Hamburg Stambuł, co też ma swoje drugie dno. „ Żółte listy” to w Turcji wykazy szykanowanych pracowników, a inwigilacja sięga bardzo daleko i obejmuje media społecznościowe. Ten film to przypomnienie, jak wygląda współczesny, autorytarny reżim i jak zwalcza tych, których uzna nie nieprawomyślnych. To także psychologiczna wiwisekcja pary : aktorki Deryi (wyśmienity występ Özgü Namal), i dramaturga i wykładowcy akademickiego , Aziza (Tansu Biçer) którym usuwa się grunt spod nóg. Konflikt ich postaw i wzajemna dynamika to mocny punkt tego świetnego filmu.
Es gibt ein Leben und ich lebe es . Romy Schneider.