Pięć minut z Magdą
Regulamin forum
Info: tematy możliwe do przeglądania przez gości forum, dostępne indeksowanie dla bootów typu Google.
Info: tematy możliwe do przeglądania przez gości forum, dostępne indeksowanie dla bootów typu Google.
- bolevitch
- Posty: 5947
- Rejestracja: 22-07-2018 14:45:00
Re: Pięć minut z Magdą
nigdy o czymś takim nie slyszałem. W l.80tych w moim miasteczku uczniowie 7 i 8 klas w pierwszych tygodniach września nie mieli lekcji, bo jeździli na wykopki do okolicznych PGRów. Ja już się na to nie załapałem. Ludzie zdaje się byli zadowoleni, bo mogi przywieźć siatkę ziemniaków
- Hebius
- Posty: 16161
- Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
- Lokalizacja: Kętrzyn
Re: Pięć minut z Magdą
Też nie pamiętam, by były takie różnice z początkiem roku szkolnego, ale z tekstu wynika, ze były.
Na wykopki we wrześniu albo październiku jeździłem ze szkoła jeszcze przez cały ogólniak. Nikt z tego ziemniaków do domu nie woził, ale mieliśmy zarobioną kasę na kilkudniową wycieczkę w trzeciej klasie (Wrocław i Kotlina Kłodzka; dojazd pociągiem, łażenie po górach Stołowych; fajne to było) i na studniówkę. Kasa w podstawówce też poszła na wycieczkę kilkudniową do Trójmiasta.
Na wykopki we wrześniu albo październiku jeździłem ze szkoła jeszcze przez cały ogólniak. Nikt z tego ziemniaków do domu nie woził, ale mieliśmy zarobioną kasę na kilkudniową wycieczkę w trzeciej klasie (Wrocław i Kotlina Kłodzka; dojazd pociągiem, łażenie po górach Stołowych; fajne to było) i na studniówkę. Kasa w podstawówce też poszła na wycieczkę kilkudniową do Trójmiasta.
- Hebius
- Posty: 16161
- Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
- Lokalizacja: Kętrzyn
(35/1975) Pięć minut z Magdą

Świat Młodych
nr 105 – wtorek 2 września 1975 r.

Pięć minut z Magdą
Jeden dzień już minął, dzisiaj drugi. Ciekawe, co przyniesie. Wczoraj było dziko. Potworzyły się grupki takich, co to byli razem w podstawówce i grupka do grupki ani mru-mru, tylko patrzyliśmy. Zupełnie jak psy, co to się przy pierwszym spotkaniu dokumentnie obwąchują.
Właściwie zaczynam żałować, że zniesiona została instytucja egzaminu wstępnego do szkoły średniej. Jak kiedyś był egzamin, to wiara się sobie jeszcze na egzaminie poprzyglądała, sprawdziła kto jest kto — czy podpowiedział czy nie, czy dał ściągę czy nie dał, czy opowiedział dokładnie o co go pytał, czy tylko machnął ręką, że niby już nie pamięta… Ja to nie wiem ale słyszałam o takich egzaminach z relacji swoich dwóch ciotek i jestem sobie w stanie wyobrazić, że pomysł to faktycznie był.
A teraz?! Ładuje się do klasy 36 osób i nikt nic nie wie, i wszyscy z tego powodu baranieją. Nawet Hanka, która potrafi się w każdej sytuacji zachować, tutaj zwinęła się w kolczastego jeża.
Ciekawa jestem, jak długo to „jeżozwierzowonie” będzie trwało. Ile czasu wytrzymamy, ile czasu będziemy tak nieziemsko wobec siebie uprzejmi? Bo uprzejmi jesteśmy po wersalsku. Ciągle tylko słychać: „proszę”, „przepraszam”, „może koleżanka pozwoli”, „czy kolega nie miałby nic naprzeciw”… Bogowie, toż to słownik z przedwojennej powieści dla pensjonarek, bo nawet bohaterowie Siesickiej mówią zupełnie innym językiem! No, ale oni (bohaterowie Siesickiej) nie są stremowani tak jak my.
Nie wiedziałam, że strach tak szalenie ułagodnia człowieka. Nawet nie strach, obawa, niepewność. I upoważnia. Bo jesteśmy poważni straszliwie — ani odrobiny śmiechu, ani odrobiny żartu. Ja sama zaczęłam wczoraj rozmawiać (z Hanka) na temat zadań z chemii, jakby ciekawszych tematów nie było.
Ma nadzieję, że to tylko chwilowe — to ugrzecznianie i upoważnienie, że niedługo nam przejdzie. Bo straszne by było gdyby już od tej chwili, tak z punktu, od momentu wejścia w progi szkoły średniej, człowiek musiał się tak od podszewki zmienić. Pewnie, inna buda, poważniejsza i obowiązki też poważniejsze, ale czy już na żaden najmniejszy nawet wygłup miejsca być nie powinno?!
Podejrzewam w duchu, że wszyscy koledzy z mej nowej klasy myślą zupełnie tak samo tylko… mają tremę. O rany, kto wymyśli lekarstwo na tremę przed posądzeniem o dzieciuchostwo?! Bo tego się chyba najbardziej w te poważnej, średniej szkole boimy.
MAGDA
- Hebius
- Posty: 16161
- Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
- Lokalizacja: Kętrzyn
(36/1975) Pięć minut z Magdą

Świat Młodych
nr 108 – wtorek 9 września 1975 r.

Pięć minut z Magdą
W niedzielę spacerowaliśmy sobie z Tadeuszem, kiedy nagle wpadł nam do głowy pomysł — idziemy do kina. Seans „Synów szeryfa” rozpoczynał się za 20 minut, pod kinem byliśmy w ciągu minut 10, ale w kasie wisiała kartka: „Wszystkie bilety wyprzedane”.
Stanęliśmy pod tą kasą smutni i wybitnie zniechęceni do życia. Pomysł z kinem był nagły, ale bardzo… głęboki — straszną mieliśmy na ten film ochotę. A tu — figa z makiem! Komu by nie było smutno?! Patrzysz jak ludzie wchodzą, szukają swoich miejsc, siadają…
W pewnym momencie — do rozpoczęcia seansu została już chyba tylko minuta — podszedł do nas wysoki chłopak w skórzanej kurtce i proponuje Tadkowi 2 bilety. We mnie aż wszystko z radości podskoczyło — jednak pójdziemy, jednak obejrzymy! Niestety, chłopak chciał za bilety podwójną cenę i Tadek podziękował, że nie, że nie chce. A we mnie się znowu wszystko załamało, już tak blisko była szansa wejścia do kina i znowu figa!
Chłopak na Tadka odmowę uśmiechnął się ironicznie i zabiera się do odejścia. Razem z biletami! To ja wtedy mówię: „Kupmy, Tadek, te bilety, ja mam pieniądze, dostałam od taty tygodniówkę!”. Chłopak uśmiecha się, już nie ironicznie, wyciąga bilety w moją stronę, ja w jego stronę banknot, a tu Tadek jak mnie nie szarpnie za rękę, jak nie pociągnie za sobą z całej siły. „Zwariowałaś, od konia będziesz kupowała?!” — krzyczy.
Zezłościłam się na niego straszliwie. Bo niby co?! Że od konia. że dwa razy drożej?! Jego forsa czy moja? Nie było biletów w kasie, a ochotę na ten film mieliśmy obydwoje ogromną, akurat i pieniądze też mieliśmy. Cóż w tym złego, że w takiej sytuacji kupię bilety od konia?!
A Tadek swoje. Że moja zachcianka nie jest ważna, że nie jest ważne czyje to pieniądze, koń jest koniem i uczciwy człowiek kupować od niego nie powinien, bo pomaga w ten sposób w przestępstwie.
W jakim przestępstwie ja niby pomagam?! Czy to ja sprzedaję bilety dwa razy drożej?! Co ten Tadek?! A film nam przeszedł koło nosa! Rozstaliśmy się w gniewie.
To było przedwczoraj. Wczoraj też byłam zła. Jak sobie przypomniałam jaką to okazję przez Tadka głupotę przepuściliśmy, aż zieleniałam. Dzisiaj… Dzisiaj coś mi zaczyna świtać w głowie. I złość mi przechodzi. I zastanawiam się, czy to nie ja byłam tą, która ukazała głębię swej głupoty?… Chyba… chyba było właśnie tak. Niestety!
MAGDA
- Hebius
- Posty: 16161
- Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
- Lokalizacja: Kętrzyn
(37/1975) Pięć minut z Magdą

Świat Młodych
nr 111 – wtorek 16 września 1975 r.

Pięć minut z Magdą
UCZYMY się w nowej szkole angielskiego. Niby fajnie, ale… Jest w klasie taka dziewczyna, co mówi po angielsku jak złoto. No, może nie jak złoto, ale gdzie tam się do niej równać? Mnie na przykład — uczyłam się angielskiego niecały rok, a właściwie to nie tyle się uczyłam, co mnie uczono. Są i tacy, co się nigdy w życiu nie uczyli i „ejbisidi”… nie znają. Na lekcjach robimy różne ćwiczenia, mamy odpowiadać na proste pytania, ale ta dziewczyna wszystkich bije na głowę. Bardzo dobrze opowiada, jest bardzo dobra, a my, reszta — tumany. Jedni mniejsze, drudzy większe, ale wszyscy kiepscy.
Tak naprawdę, to r z e c z y w i ś c i e jesteśmy od niej gorsi, ale czy to nasza wina?
Sprawa jest trudna, bo… bo nie jest prosta. Proste to było jak kiedyś w podstawówce wszyscy nauczyciele faworyzowali Bognę, córkę kierowniczki szkoły. Bogna była bardzo miła, ale uczyła się słabo, stopnie natomiast miała doskonałe. Wściekało to nas straszliwie dopóki rodzona mama Bogny do innej szkoły jej nie przeniosła. Tamto było proste, ta nasza wściekłość, bo Bogna umiała mniej od nas, a stopnie dostawała lepsze. Nic dodać, nic ująć. A tutaj?!
Tutaj ta dziewczyna naprawdę więcej umie więc niby to jest w porządku, że ona ma piątkę, a ja tylko trójkę z minusem. Niby w porządku.
A jednak czuję, że niezupełnie sprawiedliwie. Z kolei kiedyś była taka sytuacja w naszej klasie, że jedna dziewczyna strasznie się łamagowato zachowywała na wuefie. Wszyscy to widzieli, pokpiwali z niej, ale jak był na okres sprawdzian i na bdb. trzeba było ileś tam skoczyć wzwyż to ona nie musiała, bo ona była łamaga. I to wystarczyło do piątki. I też mieliśmy wtedy wątpliwości, czy to jest sprawiedliwe, chociaż na stopniach z wuefu nikomu specjalnie nie zależało. Ale denerwujące było, że ona musi się mniej wysilać, ba, że wcale nie musi. A przecież pani od wuefu zastosowała tę zasadę, o którą teraz chce my walczyć, że słabszy nie musi równać do mocniejszego.
Ale wtedy były dwa kryteria, właśnie w zależności od siły. Teraz — jest jedno, to bardzo wysokie, i to nam się nie podoba. Więc chyba chcielibyśmy, żeby były różne. Tylko czy wtedy nie zrobi się bałagan?! Ale czy sprawiedliwość można nazwać bałaganem?! Bo ja wiem, najprościej by było jakby się ta dziewczyna przeniosła do klasy z niemieckim. Tylko kto ją do tego namówi? — tam już nie będzie przecież najlepsza.
MAGDA
- Hebius
- Posty: 16161
- Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
- Lokalizacja: Kętrzyn
(38/1975) Pięć minut z Magdą

Świat Młodych
nr 114 – wtorek 23 września 1975 r.
Pięć minut z Magdą
Jedna dziewczyna z naszej klasy, taka Jolka, przyszła któregoś dnia w butach na wysokich obcasach. Na bardzo wysokich — i iść na nich nie bardzo potrafiła, i wielka taka była nienormalnie bardziej, i w ogóle. W naszej starej budzie i starej klasie żaden chłopak by na to uwagi nie zwrócił, a tutaj od razu zaczęły się uśmieszki i przygaduszki. Nie powiem, Jolka wcale słownie od nich nie oberwała a przeciwnie — usłyszała, że ma zgrabne nogi, że ładna z niej dziewczyna, że jest jej w tych butach ślicznie. Były to wierutne kłamstwa, ale nie o to chodzi lecz o samo zainteresowanie sprawą. Przez 5 albo 6 dni ciągle tylko na ten temat rozmawiali, a na widok Jolki trącali się i.. uśmiechali do niej. Nam, dziewczynom, wydawało się, że są to ironiczne! uśmieszki. Ale nic poza tym się nie stało — było, minęło, Jolka gania w tenisówkach.

Wydawałoby się, że na tym jest koniec, ale — nie. Wczoraj była godzina wychowawcza i dawno zapowiedziane wybory samorządu klasowego. Zaczynamy zgłaszać kandydatury. Najpierw na przewodniczącego. Wstaje Marek i mówi, że on proponuje Jolkę. Potem Maciek, że popiera przedmówcę. I Krzysiek, i Wojtek… wszyscy. I wszyscy kandydaturę tę uzasadniają, Że Jolka jest mądra, że jest rozsądna, że jest koleżeńska… no, po prostu, że tylko ona z całej naszej klasy do tego zaszczytu dorosła. Samej Jolce zrobiło się głupio, zaczęła się kręcić, że może nie, że może ktoś inny, ale nic z tego — została wybrana przewodniczącą. I jest nią! I będzie!
Ciekawe, osobiście nic przeciwko Jolce nie mam, ale to w tym sensie, że ani „za” ani „przeciw. Po prostu jej nie znam. Tak zresztą jak nie zna jej nikt inny z naszej klasy. Jest nieśmiała, małomówna, mieszka też gdzieś daleko. Gdyby nie ten jej jednorazowy wyskok z tymi butami nie wiedziałabym, że w ogóle istnieje. I nikt inny też by nie wiedział, żaden chłopak też nie.
I dlatego myślę, że są dziwni ci nasi chłopcy. Przyczepili się tej błahostki i za chińskiego boga nie chcą się odczepić, tylko Jolka i Jolka.
Nie jestem też zazdrosna, a tym bardziej nie jest zazdrosna Hanka, która jest tego samego co i ja zdania. W gruncie rzeczy to fajnie, że przewodniczącą samorządu będzie dziewczyna, a nie chłopak. Chociaż… gdyby był nim Wojtek, to wiadomo by było, że postawiłby „na nogi” sport. Gdyby został nim Mirek, to mielibyśmy z prawdziwego zdarzenia przedstawiciela w samorządzie szkolnym, który nie jest krzykaczem, ale i w koszę nie da sobie dmuchać, gdyby… Przy Jolce nie wiadomo nic. Po prostu jest. Po prostu chłopców jest w naszej klasie większość, oni tak chcieli.
Hm, w naukowym kółku fizycznym, do którego należę też jest większość chłopców i też niedługo będziemy wybierać „prezesa”. Gdybym przyszła któregoś dnia do szkoły w rudej peruce mojej ciotki, kto wie…
No nie, żartowałam. Nie wszyscy chłopcy są przecież tacy dziwni jak ci w naszej klasie, prawda?!
MAGDA
- Hebius
- Posty: 16161
- Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
- Lokalizacja: Kętrzyn
(39/1975) Pięć minut z Magdą

Świat Młodych
nr 117 – wtorek 30 września 1975 r.

Pięć minut z Magdą
Jestem… szkoda słów!
To był w ogóle parszywy dzień. I pechowy. Od samego początku, kiedy o godzinie wpół do siódmej zadzwonił budzik, coś się ze mną takiego głupiego stało. Miałam ochotę go kopnąć, wyrzucić przez okno, potłuc młotkiem… Właściwie bez żadnego konkretnego powodu – i wyspałam się dosyć, i nic mnie nie przyjemnego tego dnia nie czekało. Widocznie, jak mawia moja babcia, „wstałam lewą nogą”. To oczywiście bzdura, mój tapczan jest tak ustawiony, że muszę wstawać prawą. Ale tak się mówi.
Potem… Potem było z mi-nuty na minutę coraz gorzej. W łazience ruszałam się z gracją porządnej krowy i stłukłam ukochaną wodę kolońską mojej mamy. To mnie wprawiło w jeszcze gorszy humor. Mama coś na temat gwałtownego ubytku swoich kosmetyków powiedziała, jaj jej odburknęłam, tata na to, żeby się przywołała do porządku, to ja na to, żeby się ode mnie odczepił i że mam dość. Czego dość nie sprecyzowałam; nie było konkretu.
W drodze do szkoły przypomniałam sobie, że tego dnia zamiast chemii miał być wf, a ja nie wzięłam kostiumu. Gdy spotkałam przed szkołą Jagodę i ona do mnie – „cześć”, to ja do niej – „odczep się!”. Jagoda zbaraniała, ale się posłuchała. Ona jest mądra, wie, że furiatom trzeba ustępować z drogi.
Mądrości tej nie wykazała jednak Hanka, która troskliwie zaczęła się wypytywać, co mi jest, co się stało, czy może mi w czymś pomóc… Nie muszę dodawać, że jej dobre chęci działały na mnie jak przysłowiowa płachta na byka. Wzięłam książkę i przeniosłam się od niej na wolną ostatnią ławkę. Ostentacyjnie.
Potem było jeszcze parę spięć i scysji – z z wychowawczynią na temat tarć, z panią w stołówce na temat sałatki, z ekspedientką w sklepie na temat cukru, z sąsiadką na temat jej psa, którego odpędziłam, gdy się do mnie łasił. Najgorsze było popołudnie. Tadek zaproponował kino, powiedział, że ma bilety, a ja mu odpowiedziałam, że może sobie z własną babcią do kina chodzić, a mnie niech da spokój! Zdziwił się, ale… nie nalegał.
Nie wiem czy Tadek poszedł do kina z babcią. Wiem natomiast, że Hanka jest na mnie mocno rozżalona i ma rację, że w sprawie tarczy zachowałam się jak smarkacz, że sałatka tak naprawdę to było pyszna i nie było się o co czepiać, że z tym psem miałam się zwyczaj codziennie porę minut bawić…
Łyso mi teraz, ale… czy to cokolwiek zmieni?
MAGDA
- Hebius
- Posty: 16161
- Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
- Lokalizacja: Kętrzyn
(40/1975) Pięć minut z Magdą

Świat Młodych
nr 120 – wtorek 7 października 1975 r.

Pięć minut z Magdą
Nigdy nie przyjaźniłam się z Jagodą, ale teraz, w nowej szkole, osiem lat wspólnie spędzonej podstawówki do czegoś zobowiązuje — siłą rzeczy trzymamy się razem. I ta znajomość z lekko mnie… zatyka. Fakt! Jagoda miewa zupełnie kosmiczne pomysły.
Jest na przykład strasznie zazdrosna. To oczywiście samo w sobie nie jest chyba wadą z tych najgorszych, ale czasami… No bo można zrozumieć, że zazdrości komuś lepszego stopnia, ładniejszej sukienki, ciekawszej płyty… Hanka co prawda twierdzi, że to straszna małostkowość, ale takiego ideału jak Hanka, to trudno i ze świecą znaleźć. Ja Jagodę w tym punkcie rozumiem, też mi się zdarza cierpieć, że ktoś posiada coś, czego ja nie mam, a co bym bardzo chciała mieć.
Ale Jagoda jest zazdrosna i o ludzi — o czyjś uśmiech, o odezwanie jakieś, o zaproszenie do domu. Aż się w niej kotłuje, gdy takie objawy sympatii są akurat zwrócone do kogoś innego a nie do niej. A to już jest śmieszne. Bo jeśli np. wybieramy się we dwoje z Tadeuszem na wycieczkę rowerową, to naprawdę mogłaby zrozumieć, że nam do szczęścia nie jest potrzebna i nie zazdrościć, że myśmy pojechali a ona w domu została. No nie!?
Zresztą Jagoda też ma chłopaka. Bardzo jest fajny, na imię ma Michał. I najbardziej wariackie pomysły ma Jagoda właśnie w stosunku do Michała. Bo o niego to jest już zazdrosna najbardziej ze wszystkiego na świecie. W sobotę np. wykonała następujący eksperyment: Michał powiedział, że ma dwa bilety do kina, Jagoda wypytała go do jakiego kina, na którą godzinę i… stwierdziła, że niestety iść nie może, żeby sobie poszukał innego towarzystwa, bo ona z mamą jedzie do jakiej rodziny.
Była to bujda na dużych resorach. Jagoda w odpowiednim momencie zaczaiła się gdzieś koło kina, żeby sprawdzić… z kim Michał przyjdzie. Pochwaliła się oczywiście, jak to sobie fajnie wymyśliła, chciała mnie namówić, żebym z nią na te czaty poszła. Zrezygnowałam. Jagoda doczekała się Michała maszerującego pod rękę z… rodzoną mamą. „Przynajmniej jestem spokojna — mówi teraz — mam pewność. A czy ty masz?” — pyta się mnie.
I ja się zaczynam zastanawiać, czy faktycznie taką pewność mam. Właściwie… A może by tak Tadeusza namówić na kino, a potem nagle zrezygnować?!… Kto wie?!…
Ech, bzdura! Jeszcze nie upadłam na głowę! Ale…
MAGDA
- Hebius
- Posty: 16161
- Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
- Lokalizacja: Kętrzyn
(41/1975) Pięć minut z Magdą

Świat Młodych
nr 123 – wtorek 14 października 1975 r.

Pięć minut z Magdą
Dzisiaj święto. Uśmiechy, życzenia. I trochę… przykrych w sumie kłopotów.
Zaczęło się normalnie. Mamy w nowej budzie wielu cudownych nauczycieli, chcieliśmy więc aby Dzień Nauczyciela był dla Nich dużą uroczystością i przyjemnością. Samorząd szkolny przygotował wspólnie z drużyną HSPS okolicznościowy apel poranny i specjalną wieczornicę. Chcieliśmy jednak zorganizować coś jeszcze w skali tylko naszej klasy. Hm, zrobić — to łatwo powiedzieć, gorzej jest coś konkretnego wymyśleć. Przecież nie urządzimy jeszcze jednego apelu, ani jeszcze jednej wieczornicy! Stanęło w końcu na bardzo gustownych laurkach z życzeniami (jest u nas dwóch uzdolnionych malarsko chłopaków) i kwiatach. Zaprojektowaliśmy takie mieszane, różnokolorowe bukiety. Dla naszej wychowawczyni większy, dla pozostałych nauczycieli mniejsze. Bożena zaczęła zbierać po 5 złotych. Obliczyliśmy, że starczy na kwiaty, na wstążeczki do nich i na brystol do laurek. Klasowi „wierszokleci”, bo i tacy specjaliści u nas są, zasiedli do układania zabawnych rymowanych życzeń.
To było tydzień temu. W środę zaczęła coś mamrotać Joanna. Że to za skromnie, że niby dlaczego nie moglibyśmy się złożyć po 20 albo i po 30 złotych. W czwartek mamroczących było już troje — że to wstyd takie tanie kwiatki, że przecież stać nas na więcej.
Nie wiem, może i niektórych stać, ale przecież nie o to chodzi, żeby był wielgachny wiecheć. W każdym razie takie było zdanie większości. I takie jest ono nadal.
W piątek na dużej przerwie zjawiła się w klasie mama Joanny, która pełni jakąś funkcję w komitecie rodzicielskim i zaczęła nas namawiać do… opamiętania się i zakupienia dla pani wychowawczyni kosza kwiatów. Usiłowaliśmy dyskutować, ale sprawa była beznadziejna. Mama Joanny wiedziała lepiej, jak powinniśmy postąpić, a ponieważ klasa też nie chciała (w lwiej większości) od pierwotnego pomysłu odstąpić, mama Joanny postanowiła osobiście zakupić takowy kosz i wręczyć go naszej pani w imieniu… niesfornej klasy.
Widziałam ten kosz. Wygląd ma faktycznie imponujący. Lekcję z wychowawczynią mamy na trzeciej godzinie. Już to widzę – składamy Jej życzenia, wręczamy nasz bukiet, otwierają się drzwi i… ładuje się mama Joanny z koszem.
Brrr! Jak strasznie łatwo można popsuć komuś całą radość!
MAGDA
- Hebius
- Posty: 16161
- Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
- Lokalizacja: Kętrzyn
(42/1975) Pięć minut z Magdą
Wtorkowy numer Świata Młodych pojawił siew kioskach ciut wcześniej, dzięki czemu już poniedziałkowym wieczorem można się cieszyć nowym tekstem Magdy.

Świat Młodych
nr 126 – wtorek 21 października 1975 r.

Pięć minut z Magdą
NO I CZEŚĆ, stało się! Właściwie, to nic takiego wielkiego ani strasznego, ale wolałabym w tej chwili przykleić z powrotem kilka oderwanych już kartek kalendarza. Po prostu jestem gapa. I nie tylko – jeszcze nieporządna, niesympatyczna, lekkomyślna, niegospodarna… Te przymiotniki są autorstwa mojej mamy. Mnie jednak nie pozostaje nic innego jak… się z nimi zgodzić.
W czasach niemal prehistorycznych otrzymałam w upominku od babci skarbonkę. Różne były etapy jej dziejów. Czasami stała zupełnie pusta, czasami kołatały się w niej jakieś drobniaki, czasami było tych „skarbonkowych plonów” nieco więcej, ale to ostatnie zjawisko należało do rzadkości. Zimą ubiegłego roku „zachorowałam” na mohairowy sweter. Wiecie, na taki wielki, puszysty i okropnie drogi. Z góry było wiadomo, że rodzice mi go nie kupią, ale gdy o sprawie napomknęłam, mama powiedziała, że na początek może mi służyć stówą, resztę miałam sobie powoli uzbierać. Odpowiadało mi to rozwiązanie, zresztą — jedyne realne. Wyciągnęłam więc z czeluści szafy skarbonkę i została do niej uroczyście wrzucona owa stówa. Potem też wrzucałam, co prawda mniejsze kwoty, ale względnie często — to oszczędziłam coś z tygodniówki, to sprzedałam makulaturę, to dostałam jakiś gotówkowy prezent. Oczyma duszy widziałam wymarzony mohair.
Usłyszałam raz, jak babcia chwaliła się komuś, że ma taką oszczędną wnuczkę. W ustach babci to ogromna pochwała, cieszyłam się. Jedynie Hanka twierdziła, że nigdy w życiu tyle nie uzbieram, że nie wytrzymam. Wściekałam się na nią i gotowa byłam się zakładać o nie wiadomo co, że nie ma racji. Zakładać się nie chciała.
Jak pierwszy raz, w czerwcu, wyciągnęłam ze skarbonki kilka dziesięciozłotówek na płytę jakąś chyba — to pomyślałam, że Hanka nie powinna się o tym dowiedzieć. Po co ma kpić?! Jak po raz drugi wyciągałam z niej coś w lipcu — już nie pamiętam na co — to przysięgałam sobie, że „pożyczkę” zwrócę. W końcu o co chodzi, moja skarbonka, nie?! Potem był sierpień i wrzesień. Wrzucałam do skarbonki co nieco, wyciągałam z niej również. Przedwczoraj mama spytała się, ile już mam, bo widziała gdzieś takie swetry. Wyciągnęłam ze skarbonki wszystko. Okazało się, że starczy mi najwyżej na… jeden rękaw. Nadrabiałam miną, że niby nic się nie stało, że już mi na tym swetrze nie zależy.
Ale to nieprawda! Strasznie chciałabym go mieć. I miałabym. Ale nie będę miała. Żal mi samej siebie. I zła jestem na siebie. I żal mi…, i zła jestem… I w ogóle…
MAGDA

Świat Młodych
nr 126 – wtorek 21 października 1975 r.

Pięć minut z Magdą
NO I CZEŚĆ, stało się! Właściwie, to nic takiego wielkiego ani strasznego, ale wolałabym w tej chwili przykleić z powrotem kilka oderwanych już kartek kalendarza. Po prostu jestem gapa. I nie tylko – jeszcze nieporządna, niesympatyczna, lekkomyślna, niegospodarna… Te przymiotniki są autorstwa mojej mamy. Mnie jednak nie pozostaje nic innego jak… się z nimi zgodzić.
W czasach niemal prehistorycznych otrzymałam w upominku od babci skarbonkę. Różne były etapy jej dziejów. Czasami stała zupełnie pusta, czasami kołatały się w niej jakieś drobniaki, czasami było tych „skarbonkowych plonów” nieco więcej, ale to ostatnie zjawisko należało do rzadkości. Zimą ubiegłego roku „zachorowałam” na mohairowy sweter. Wiecie, na taki wielki, puszysty i okropnie drogi. Z góry było wiadomo, że rodzice mi go nie kupią, ale gdy o sprawie napomknęłam, mama powiedziała, że na początek może mi służyć stówą, resztę miałam sobie powoli uzbierać. Odpowiadało mi to rozwiązanie, zresztą — jedyne realne. Wyciągnęłam więc z czeluści szafy skarbonkę i została do niej uroczyście wrzucona owa stówa. Potem też wrzucałam, co prawda mniejsze kwoty, ale względnie często — to oszczędziłam coś z tygodniówki, to sprzedałam makulaturę, to dostałam jakiś gotówkowy prezent. Oczyma duszy widziałam wymarzony mohair.
Usłyszałam raz, jak babcia chwaliła się komuś, że ma taką oszczędną wnuczkę. W ustach babci to ogromna pochwała, cieszyłam się. Jedynie Hanka twierdziła, że nigdy w życiu tyle nie uzbieram, że nie wytrzymam. Wściekałam się na nią i gotowa byłam się zakładać o nie wiadomo co, że nie ma racji. Zakładać się nie chciała.
Jak pierwszy raz, w czerwcu, wyciągnęłam ze skarbonki kilka dziesięciozłotówek na płytę jakąś chyba — to pomyślałam, że Hanka nie powinna się o tym dowiedzieć. Po co ma kpić?! Jak po raz drugi wyciągałam z niej coś w lipcu — już nie pamiętam na co — to przysięgałam sobie, że „pożyczkę” zwrócę. W końcu o co chodzi, moja skarbonka, nie?! Potem był sierpień i wrzesień. Wrzucałam do skarbonki co nieco, wyciągałam z niej również. Przedwczoraj mama spytała się, ile już mam, bo widziała gdzieś takie swetry. Wyciągnęłam ze skarbonki wszystko. Okazało się, że starczy mi najwyżej na… jeden rękaw. Nadrabiałam miną, że niby nic się nie stało, że już mi na tym swetrze nie zależy.
Ale to nieprawda! Strasznie chciałabym go mieć. I miałabym. Ale nie będę miała. Żal mi samej siebie. I zła jestem na siebie. I żal mi…, i zła jestem… I w ogóle…
MAGDA
- uzytkownik_konta
- Posty: 5930
- Rejestracja: 18-07-2018 15:54:11
Re: Pięć minut z Magdą
To jest bardzo ostra krytyka Edwarda Gierka jak na taką gazetkę.
- Hebius
- Posty: 16161
- Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
- Lokalizacja: Kętrzyn
Re: Pięć minut z Magdą
Z powodu, że moher był drogi? Ciekawymi drogami meandrują twoje myśli.
- uzytkownik_konta
- Posty: 5930
- Rejestracja: 18-07-2018 15:54:11
Re: Pięć minut z Magdą
Nie, Magda to Gierek. Przeznacza kapitał na drobną, bieżącą konsumpcję, przez co uniemożliwia realizację bardziej istotnego celu.
- bolevitch
- Posty: 5947
- Rejestracja: 22-07-2018 14:45:00
Re: Pięć minut z Magdą
jeszcze w roku 87 czy 88 dzieci i młodzież były uczone oszczędzania poprzez Szkolne Kasy Oszczędnościowe(?) - przynajmniej wychowawczyni naszej klasy prowadziła coś takiego
- Hebius
- Posty: 16161
- Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
- Lokalizacja: Kętrzyn
Re: Pięć minut z Magdą
SKO działało jeszcze w tym tysiącleciu. Moja bratanica w pierwszych klasach podstawówki miała książeczkę.
- Hebius
- Posty: 16161
- Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
- Lokalizacja: Kętrzyn
(43/1975) Pięć minut z Magdą

Świat Młodych
nr 129 – wtorek 28 października 1975 r.

Pięć minut z Magdą
Jak Jagoda przyszła do szkoły z wiadomością, że na ich klatce jedną dziewczynkę pogotowie zabrało do szpitala, to nie było w tej wiadomości nic szczególnego. Jagoda lubi wiedzieć, co się u kogo w domu dzieje. Ponieważ zaś ciekawskich w naszej klasie jest więcej, zaczęły nawet wypytywać, co się jej stało? Jagoda nie potrafiła odpowiedzieć. Zresztą, nieważne!
Ale potem Kryśka, też z tego domu co i jagoda, napomknęła coś o dezynfekcji. Ze cały dom dezynfekowali. Wtedy pytających o bliższe szczegóły było jeszcze więcej, a i Kryśka okazała się być informatorką lepiej poinformowaną. Z zapałem wyjaśniła, że to jakaś choroba zakaźna.
W sklepie, to już było po południu, usłyszałam o… tyfusie. Że panuje. Kolejka w SAM-ie była mocno podekscytowana. Mówiono, że wypadków było kilka i że lada dzień zostanie zarządzona kwarantanna. Jedna pani na wieść o kwarantannie kupiła o 2 kg jabłek więcej, bo kto wie – stwierdziła kiedy następnym razem będzie mogła wyjść do sklepu. I wszyscy zaczęli jabłka namiętnie kupować, nawet ci, co przedtem nie mieli takiego zamiaru.
Pod wieczór zadzwoniła Anka, czy wiem o jagodzie. Nie wiedziałam. Anka zachłystując się opowiedziała, że Jagodę zabrano do szpitala, bo zachorowała na tyfus. Jest prawie umierająca, straszne wszystko razem, cały ich dom jest zagrożony. Zrobiło mi się żal Jagody – w końcu koleżanka – i opowiedziałam o wszystkim babci. Babcia ogromnie się zmartwiła, że nic dotychczas nie wiedziała, bo przecież „trzeba się zabezpieczyć”. Polegało to na szorowaniu wszystkiego, co w domu do szorowania się nadawało.
Zostałyśmy obie z babcią dokumentnie uziemione – babcia szorowała klamki i podłogi, ja łazienkę i kuchnię. W międzyczasie wpadła przerażona sąsiadka, że jej mały synek ma tyfus – ma gorączkę, wymiotuje… Babcia rzuciła swoje szczotki i pognała razem z sąsiadką ratować jej jedyne dziecko. Zostałam sama w towarzystwie ścierek i rozpuszczonego w misce „Ixi”. Wtedy zadzwonił dzwonek u drzwi. Na słomiance stała uśmiechnięta Jagoda. „Cześć” – powiedziała – „Ta Marysia, co ją pogotowie zabrało już wróciła do domu. Myśleli, że złamała nogę, ale okazało się, że to tylko stłuczenie”.
Nie odpowiedziałam jej nic. Zaniemówiłam.
I jestem taka „zaniemówiona” aż do tej pory. I zastanawiam się, jakim cudem dałam się zwariować?! Bo to, że się dałam, to fakt niewątpliwy. Ja, przyszły fizyk atomowy!…
MAGDA
- Hebius
- Posty: 16161
- Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
- Lokalizacja: Kętrzyn
Re: Pięć minut z Magdą
Nie było odcinka w czwartek, więc nadrabiam wrzucając dodatkowy tekst w niedzielę

Świat Młodych
nr 132 – wtorek 4 listopada 1975 r.

Pięć minut z Magdą
Jestem zniechęcona do wszystkiego. I żyć mi się nie chce. I w ogóle.
To brzmi pewnie strasznie patetycznie i śmiesznie, ale naprawdę jestem w podłym nastroju. Co, czy nie mogę mieć chandry?! Albo migreny?! Albo… sama zresztą nie wiem.
Bo właściwie to się wszystko zaczęło od grypy. Zachorowała Hanka, zachorował Tadeusz, zachorowała babcia, zachorowało pół klasy, a ja — nic, mnie nic nie brało, ani troszeczkę. Bo mnie prawie nigdy nic nie bierze! Inni wylegują się w łóżkach, piją podtykane pod nos soczki, łykają kolorowe witaminki, czytają najnowsze kryminały zdobyte przez troskliwą rodzinę, czasem mierzą gorączkę, mogą sobie pokaprysić i ponudzić… Ja zaś latam tymczasem ze śmieciami do zsypu, wystaję w kilometrowych ogonkach do apteki po lekarstwa dla któregoś z chorych domowników, wydzwaniam do Hanki, żeby ją poinstruować co było zadane, robię zakupy i w ogóle zasuwam jak mały samochodzik. Ale to nie o to zasuwanie chodzi. Do tego się już przyzwyczaiłam. I do tego, że zawsze wyglądam kwitnąco. „Jak okaz zdrowia” — mówi o mnie mama i przestaje się mną przejmować, bo jest strasznie zaambarasowana tatą, który od trzech dni ma katar. „O Magdusię to mogę być spokojna” — stwierdza babcia i też przestaje się mną przejmować, bo jest przejęta mamą, którą w kościach łamie. „Magda to ma końskie zdrowie” — wygłasza lewy komplement tata i przestaje już o mnie myśleć, bo martwi się babcinym kaszlem. Ja też się martwię. I o taty katar, i o mamy łamanie w kościach, i o babci kaszel, i o migrenę cioci Oli, i o Hankę, która ma gorączkę… I współczuję im wszystkim. I… zazdroszczę!
Bo o mnie nikt się nie martwi. Po co, kiedy wiadomo, że nie potrzeba? Jestem przecież „zahartowana”, „dzielna”, „wytrwała”… Tymi właśnie przymiotnikami chwaliła mnie mama przez telefon jednej ze swych przyjaciółek. Tamta mamie zazdrościła, że mama ma tak fajnie. Mama to ma, ale ja?! Przypuszczam, że gdybym jakimś cudem nagie ciężka się przeziębiła, to… pewnie nikt by mi nie uwierzył. Ani w to, że mam migrenę, bo jeszcze jej nigdy w życiu nie miałam. Mogę mieć najwyżej chandrę…
Która nie upoważnia, niestety, do wylegiwania się w wyrze, do łykania kolorowych witaminek, do podsuwania pod nos soczków… Nie myślcie, że zwariowałam, wcale nie chcę być chora! Ale pokaprysić sobie, to bym jednak troszeczkę chciała… Czy to taki grzech?!
MAGDA

Świat Młodych
nr 132 – wtorek 4 listopada 1975 r.

Pięć minut z Magdą
Jestem zniechęcona do wszystkiego. I żyć mi się nie chce. I w ogóle.
To brzmi pewnie strasznie patetycznie i śmiesznie, ale naprawdę jestem w podłym nastroju. Co, czy nie mogę mieć chandry?! Albo migreny?! Albo… sama zresztą nie wiem.
Bo właściwie to się wszystko zaczęło od grypy. Zachorowała Hanka, zachorował Tadeusz, zachorowała babcia, zachorowało pół klasy, a ja — nic, mnie nic nie brało, ani troszeczkę. Bo mnie prawie nigdy nic nie bierze! Inni wylegują się w łóżkach, piją podtykane pod nos soczki, łykają kolorowe witaminki, czytają najnowsze kryminały zdobyte przez troskliwą rodzinę, czasem mierzą gorączkę, mogą sobie pokaprysić i ponudzić… Ja zaś latam tymczasem ze śmieciami do zsypu, wystaję w kilometrowych ogonkach do apteki po lekarstwa dla któregoś z chorych domowników, wydzwaniam do Hanki, żeby ją poinstruować co było zadane, robię zakupy i w ogóle zasuwam jak mały samochodzik. Ale to nie o to zasuwanie chodzi. Do tego się już przyzwyczaiłam. I do tego, że zawsze wyglądam kwitnąco. „Jak okaz zdrowia” — mówi o mnie mama i przestaje się mną przejmować, bo jest strasznie zaambarasowana tatą, który od trzech dni ma katar. „O Magdusię to mogę być spokojna” — stwierdza babcia i też przestaje się mną przejmować, bo jest przejęta mamą, którą w kościach łamie. „Magda to ma końskie zdrowie” — wygłasza lewy komplement tata i przestaje już o mnie myśleć, bo martwi się babcinym kaszlem. Ja też się martwię. I o taty katar, i o mamy łamanie w kościach, i o babci kaszel, i o migrenę cioci Oli, i o Hankę, która ma gorączkę… I współczuję im wszystkim. I… zazdroszczę!
Bo o mnie nikt się nie martwi. Po co, kiedy wiadomo, że nie potrzeba? Jestem przecież „zahartowana”, „dzielna”, „wytrwała”… Tymi właśnie przymiotnikami chwaliła mnie mama przez telefon jednej ze swych przyjaciółek. Tamta mamie zazdrościła, że mama ma tak fajnie. Mama to ma, ale ja?! Przypuszczam, że gdybym jakimś cudem nagie ciężka się przeziębiła, to… pewnie nikt by mi nie uwierzył. Ani w to, że mam migrenę, bo jeszcze jej nigdy w życiu nie miałam. Mogę mieć najwyżej chandrę…
Która nie upoważnia, niestety, do wylegiwania się w wyrze, do łykania kolorowych witaminek, do podsuwania pod nos soczków… Nie myślcie, że zwariowałam, wcale nie chcę być chora! Ale pokaprysić sobie, to bym jednak troszeczkę chciała… Czy to taki grzech?!
MAGDA
- Hebius
- Posty: 16161
- Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
- Lokalizacja: Kętrzyn
(45/1975) Pięć minut z Magdą

Świat Młodych
nr 135 – wtorek 11 listopada 1975 r.

Pięć minut z Magdą
Urządziłyśmy sobie w niedzielę takie towarzyskie spotkanie dziewczyn z naszej starej klasy. Nie wszystkie przyszły, ale było nas siedem. Najpierw przez pół godziny odbywały się różne ochy i achy — że którejś włosy urosły, że inna ma fantastyczną spódnicę, że Baśka schudła a Bożena wyskubała sobie brwi (nawiasem mówiąc koszmarnie jej z tym)… A potem to już poleciała normalna gadka o tym, jak to jest w naszych szkołach.
Jolka wygłosiła długachne expose, jak to ona zaczęła się porządnie uczyć i jak starannie przygotowuje się do każdej lekcji, aby nie mieć żadnych zaległości. Hanka opowiedziała o swoim specjalnym zeszycie do matematyki, w którym rozwiązuje różne nadprogramowe zadania, żeby być — jak mówi — na poziomie. Bożena nawet ze sobą miała swój album z wycinkami geograficznymi. Baśka pochwaliła się, że lekcje niemieckiego nagrywa sobie na magnetofon i odgrywa po kilka razy. Elżbieta westchnęła, że jej to nie wszystko, niestety, wychodzi tak jakby chciała, ja też coś dodałam, tylko Marta siedziała ze znudzoną miną.
„Po co wam to wszystko?” — spytała się w końcu. I wyjaśniła, że w jej przekonaniu jesteśmy dziecinne i naiwne, i że tracimy niepotrzebnie masę czasu. Ona, Marta, też się uczy. Ale nie więcej niż potrzeba na tróję. Gdyby uparła się na czwórki lub piątki, musiałoby się uczyć kilkakrotnie więcej. Ale na szczęście ma trochę zdrowe go rozsądku — tu wymowne spojrzenie w naszą stronę — i nie dała silę zwariować. Ba niby co jej z tych lepszych stopni przyjdzie?! A z trójami i tak będzie zdawać z klasy do klasy. I maturę też zda, i pracę dostanie po technikum wcale nie gorszą od tych, co się lepiej od niej uczyły.
Poczułyśmy się malutkie i głupiutkie. I tak nam się żal jakoś zrobiło tych godzin spędzonych nad podręcznikami podczas, gdy Marta ma czas i na kino, i na spacery z chłopakiem, i na tysiące różnych przyjemności. I już nam się rozmowa dalej kleić nie chciała. Cóż, popsuła nam Marta trochę humor, nie ma co mówić!
Nie ma co mówić Dałyśmy sobie zaimponować tym jej wolnym czasem, tą jej pewnością siebie, tym, że wszystko wie. Zatkało nas. Tylko prawdę mówiąc, to tak w głębi serca chyba wcale nie uważamy, że ma ona rację. Bo co to w gruncie rzeczy za pomysł — być średnimi? Może i wygodne to życie, ale… takie jakieś mdłe, Nie?! I tylko diabli mnie biorą, że tak się jej dałyśmy skołować!
MAGDA
- Hebius
- Posty: 16161
- Rejestracja: 18-07-2018 12:20:10
- Lokalizacja: Kętrzyn
(46/1975) Pięć minut z Magdą

Świat Młodych
nr 138 – wtorek 18 listopada 1975 r.

Pięć minut z Magdą
Jest u nas w klasie dziewczyna, co tak jakoś rusza się i uczy na bardzo zwolnionych obrotach. Zdążyła zarobić już multum dwój. Niefajnie. Żal nam jej — będzie się przecież musiała, jak tak dalej pójdzie, z naszą budą pożegnać. A skądinąd bardzo sympatyczna dziewczyna. I miła. Tylko przygaszona jakaś taka. Rozmawialiśmy na jej temat w samorządzie, gadałyśmy o niej z Hanką. Wczoraj spotkałam się z Tadeuszem, ponieważ o stopniach nawijaliśmy i o nauce, to mi się ta Basia też wtedy przypomniała.
Opowiedziałam Tadeuszowi, że coś z nią jest chyba nie tak i że ktoś by się tą sprawą musiał zająć. Bo ja wiem, pogadać z nią by trzeba, dowiedzieć się, co jej jest, pomóc. W dobrej wierze mu o tym opowiadałam — że kłopot jest taki, a Tadeusz jak na mnie nie ryknie. Że kto ma to zrobić i że co ja sobie wyobrażam?!
Aż się skuliłam w sobie. A on nic na to nie zważał tylko mi dogryzał, jaka to ja jestem dobra, że o tej Bosi myślę. W końcu to się nawet na niego obraziłam, bo niby dlaczego na mnie ryczy?!
A potem, jak już wróciłam do domu — zła byłam cały czas na niego jak piorun — to tak sobie pomyślałam, że… mimo wszystko ma Tadeusz trochę racji. Właściwie — ale do tego, to po dłuższym myśleniu doszłam — ma tej racji zupełnie sporo. No bo niby faktycznie — jesteśmy tacy dobrzy, myślimy, że dziewczynie trzeba pomóc, że koniecznie trzeba jej pomóc, że ktoś powinien jej pomóc. Ale konkretnie — co za ktoś? Rząd Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej?!
Bo tak naprawdę, to nie pierwszy raz wychodzi takie… głupstwo. Często się przecież mówi o czymś, że jest nie tak, i że trzeba to zmienić. Ale dosłownie, że: „ktoś powinien się tym zająć”. I już gra — jesteśmy zadowoleni, żeśmy tacy mądrzy, spostrzegawczy, konstruktywni… A przecież to nieprawda! Bo np. jeśli dochodzę do wniosku, że przydałby się generalny porządeczek w moim biurku, to już w momencie formułowania tej myśli wiem, że to ja sama to zrobię i do głowy mi nie przychodzi żaden „ktoś”. Ale jeśli chodzi o jakąś sprawę ogólniejszą, to… ograniczam się do zauważenia problemu. I do zwalenia go na tego legendarnego „ktosia”. A to przecież niczego nie załatwia!
Hm, chyba powinnam Tadeusza przeprosić. I z Basią pogadać też…
MAGDA
198/293920